niedziela, 20 września 2015

Hoo ho

Prezentów ciąg dalszy. Na fb znalazłam zdjęcie, które wyzwoliło we mnie tak do końca jesienno-zimową romantyczkę:


Są to ręcznie robione cotton-ballsy. Autorką jest osoba z którą chodziłam do liceum i której oddaję głos w tym poście. Razem dzieliłyśmy niedolę szkoły artystycznej:






W dzieciństwie większość prezentów, którymi obdarowywałam najbliższych to mniej lub bardziej udolnie
wykonane figurki z modeliny, laleczki, pudełka, zakładki do książek, druciane esy floresy ...
Możnaby jeszcze długo wymieniać przedmioty, które powstały w tamtym czasie.
Spacerując z rodzicami często przechadzałam się ulica wiodącą do Szkoły Plastycznej marząc, ze byłoby cudownie moc się kiedyś tam znaleźć. 
Udało się...Ciężko bo ciężko, ale się udało. 
Musze to przyznać, choć niechętnie, iż bardzo szybko rozczarowałam się. Moje ambicje, marzenia i pomysły szybko zostały uśpione. Bardzo szybko tez zostałam sprowadzona do parteru i to na dużo dłużej niż trwająca 5 lat szkoła. Do tego stopnia, ze praca, którą wykonywałam i w zasadzie nadal wykonuje diametralnie odbiegała od tego, co w przeszłości miałam nadzieje, ze będę robić. 
Razu pewnego po stresującym dniu w pracy chcąc si oderwać postanowiłam "przerobić" nudna lampę, która stała w salonie. I tak przygoda zaczęła się od nowa. Co jakiś czas wracałam do moich "ręcznych robótek". Nie raz zdarzało mi się pomarzyć o stworzeniu czegoś innego, w pełni mojego, to marzenie nieustannie do mnie wraca.
W trakcie  oczekiwania na mojego małego"robaka", bo tak początkowo nazywałam moja  obecnie 1,5 roczna Hankę, często spędzałam czas coś tworząc. To bombki na choinkę i opaski na włosy ręcznie dziergane, to podkładki na kubki, to ręcznie wykonane kartki okolicznościowe (kiedy była potrzeba wręczenia komuś takowej). Musze w tym miejscu wspomnieć, ze nigdy nie lubiłam rzeczy "powtarzalnych" i tych z tzw. sieciówek. 

Nie lubiłam i nie lubię, wiec kiedy miałam trochę czasu starałam się coś zrobić samemu niż po prostu pójść do sklepu i kupić. I tak to się zaczęło. Potrzebowałam pościel dla dziecka, ale żadna z dostępnych w sklepach nie podobała mi się, wiec zaprojektowałam ja sama. Chciałam lampki typu cotton ball lights, pomyślałam " do it yourself", efekt przerósł moje oczekiwania, wyszły całkiem nieźle. Zakochałam się w Sowach i postanowiłam zaprojektować dla "mojego robaka" podusio przytulankę, tak powstała pierwsza Sówka. 

Pomysły mnożyły się same i nadal sie mnoza. Obecnie próbuje połączyć z sobą dwie pasje... macierzyństwo i tworzenie niecodziennych przedmiotów adresowanych nie tylko do dzieciaków. Efekty mojej pracy można śledzić na moim fejsbukowym profilu Hoo ho, marki stworzonej z potrzeby robienia w życiu tego, co się kocha.



A wracając na chwilę do autorki bloga. Jeśli o mnie chodzi to przeszła mi ochota na bycie ,światowej sławy malarką' pod koniec 3 klasy. Ale czy artystyczne ciągoty umierają? Nie sądzę. Co prawda ostatnią rzeczą jaką malowałam były ściany w remontowanym mieszkaniu, ale chociażby tworzenie tego bloga albo ustawianie mebli i projektowanie pokoju w którym się będzie żyło to jakiś Twór siedzący w głowie i chcący się uwolnić.

---------------------
hurts lonely sunday

1 komentarz:

  1. Coś o tym wiem, mimo że nie skończyłam szkoły artystycznej zawsze to we mnie siedzi. Uwielbiam tworzyć, kombinować i wymyślać w kółko coś nowego. Marze o własnej firmie ale niestety jest to dla mnie jak na razie nie osiągalne ze względu na finanse. Nie da się pozbyć tej chęci do robienia czegoś... to jest już część mnie

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...