niedziela, 27 września 2015

Butter London



Lakierowa zboczenica. Dewiantka. Paznokciowy wykolejeniec. Butelkowa degeneratka, która nie może powstrzymać się, bo zobaczyła śliczny kolor jakiego jeszcze w życiu nie miała w swojej kolekcji. No nie mogę no... A może ja po prostu zapach lakieru lubię wdychać? Oto zagadka.

Ten lakier jest boski! Bardzo posh i classy. Stajlisz :) Solidna butelka, kwadratowe wieczko trzeba podważyć i ściągnąć - zostanie sama zakrętka od pędzelka, który jest bardzo zgrabny i mały. No ma się wrażenie, że paznokcie same się malują.

Bluey się nazywa - turkusik, należy nałożyć warstw 3. Nie 2. O 4 nawet nie myśl. 1 jest liczbą wykluczoną... Jestem super zadowolona z tego zakupu, dałam 4 szkockie funty w Tk Maxxie. Wg mnie warto, bo ta firma nie zawiera szkodliwych, rakotwórczych substancji (im mniej tego na siebie przez całe życie nakładamy tym lepiej, lakier do paznokci to zawsze coś)

Przyznaję - chyba po raz kolejny - że kosmetyki kupuję teraz tylko dlatego, że robię im tutaj małą recenzję i reklamę - wszystko tutaj jest nietestowane, . Butter London NIE JEST WEGAŃSKI - zawiera Hydrolyzed Silk (TUTAJ o składnikach pochodzenia zwierzęcego)
Nie zawiera formaldehydu, brak w nim toluenu, nie ma DBP, kamfory, ksylenów.

Hey ho :)

EDIT: 30/04/2016

---------------------------
Hrdza Na horach byva

niedziela, 20 września 2015

Hoo ho

Prezentów ciąg dalszy. Na fb znalazłam zdjęcie, które wyzwoliło we mnie tak do końca jesienno-zimową romantyczkę:


Są to ręcznie robione cotton-ballsy. Autorką jest osoba z którą chodziłam do liceum i której oddaję głos w tym poście. Razem dzieliłyśmy niedolę szkoły artystycznej:






W dzieciństwie większość prezentów, którymi obdarowywałam najbliższych to mniej lub bardziej udolnie
wykonane figurki z modeliny, laleczki, pudełka, zakładki do książek, druciane esy floresy ...
Możnaby jeszcze długo wymieniać przedmioty, które powstały w tamtym czasie.
Spacerując z rodzicami często przechadzałam się ulica wiodącą do Szkoły Plastycznej marząc, ze byłoby cudownie moc się kiedyś tam znaleźć. 
Udało się...Ciężko bo ciężko, ale się udało. 
Musze to przyznać, choć niechętnie, iż bardzo szybko rozczarowałam się. Moje ambicje, marzenia i pomysły szybko zostały uśpione. Bardzo szybko tez zostałam sprowadzona do parteru i to na dużo dłużej niż trwająca 5 lat szkoła. Do tego stopnia, ze praca, którą wykonywałam i w zasadzie nadal wykonuje diametralnie odbiegała od tego, co w przeszłości miałam nadzieje, ze będę robić. 
Razu pewnego po stresującym dniu w pracy chcąc si oderwać postanowiłam "przerobić" nudna lampę, która stała w salonie. I tak przygoda zaczęła się od nowa. Co jakiś czas wracałam do moich "ręcznych robótek". Nie raz zdarzało mi się pomarzyć o stworzeniu czegoś innego, w pełni mojego, to marzenie nieustannie do mnie wraca.
W trakcie  oczekiwania na mojego małego"robaka", bo tak początkowo nazywałam moja  obecnie 1,5 roczna Hankę, często spędzałam czas coś tworząc. To bombki na choinkę i opaski na włosy ręcznie dziergane, to podkładki na kubki, to ręcznie wykonane kartki okolicznościowe (kiedy była potrzeba wręczenia komuś takowej). Musze w tym miejscu wspomnieć, ze nigdy nie lubiłam rzeczy "powtarzalnych" i tych z tzw. sieciówek. 

Nie lubiłam i nie lubię, wiec kiedy miałam trochę czasu starałam się coś zrobić samemu niż po prostu pójść do sklepu i kupić. I tak to się zaczęło. Potrzebowałam pościel dla dziecka, ale żadna z dostępnych w sklepach nie podobała mi się, wiec zaprojektowałam ja sama. Chciałam lampki typu cotton ball lights, pomyślałam " do it yourself", efekt przerósł moje oczekiwania, wyszły całkiem nieźle. Zakochałam się w Sowach i postanowiłam zaprojektować dla "mojego robaka" podusio przytulankę, tak powstała pierwsza Sówka. 

Pomysły mnożyły się same i nadal sie mnoza. Obecnie próbuje połączyć z sobą dwie pasje... macierzyństwo i tworzenie niecodziennych przedmiotów adresowanych nie tylko do dzieciaków. Efekty mojej pracy można śledzić na moim fejsbukowym profilu Hoo ho, marki stworzonej z potrzeby robienia w życiu tego, co się kocha.



A wracając na chwilę do autorki bloga. Jeśli o mnie chodzi to przeszła mi ochota na bycie ,światowej sławy malarką' pod koniec 3 klasy. Ale czy artystyczne ciągoty umierają? Nie sądzę. Co prawda ostatnią rzeczą jaką malowałam były ściany w remontowanym mieszkaniu, ale chociażby tworzenie tego bloga albo ustawianie mebli i projektowanie pokoju w którym się będzie żyło to jakiś Twór siedzący w głowie i chcący się uwolnić.

---------------------
hurts lonely sunday

czwartek, 17 września 2015

Salad Love

Prezenty prezenty. Ja wiem, że jeszcze dużo czasu, ale jeśli czegoś nie lubię to fajna inspiracja na prezent pod choinkę na 3 dni przed świętami :) Dlatego dziś o literaturze obrazkowej.

Wszyscy zgarniają dla siebie Jadłonomię, ale może zapoznacie się z inną roślinną książką:



Salad Love Davida Bez - autora bloga saladpride.blogspot.co.uk

Spodoba się osobom, które w tym roku walczą z nadwagą, myślą o przejściu na wege/-anizm lub zdrowie się im posypało i nagle muszą uważać na cholesterol. Albo lubią książki kucharskie. Albo Wy nie macie pomysłu na prezent :)

Książka jest uroczo skąpa, talerzyki postawione na białym obrusie czekają aż ktoś je spałaszuje. Pierdyliard wersji sałatkowych, prosto i czytelnie. Idealne dla kogoś kto poszukuje inspiracji na lunch w pracy, jakąś zagrychę lub coś na ząb wieczorem. Dosyć niezdrowego żarcia! Syfowi mówimy niet!


Przy każdym talerzu znajdziecie krążek z wersją dla: wegetarian, wegan i witarian, a w nim krótki opis co czym zamienić w przepisie, aby kompozycja się nie zawaliła. Książkę dostaniecie na aros.pl, są tam świetne promocje, bardzo dużo tytułów. 

weganie: zamiast sera dodaj kawałek melona pokrojonego w kostkę

dla wegetarian: zastąp krewetki jakimś łagodnym serem

wersja dla witarian: zamiast fety dodaj pestki dyni i surowe oliwki

--------------------------------------

sobota, 12 września 2015

Herbaciany prezent

Jak sobie popiję (piwo organiczne) to nawet mi pomysły na posty przychodzą do głowy :)
Jak zakładałam bloga to największym lękiem było moje słomiane zapaleństwo: za 3 dni mi się odechce i szkoda zmarnowanego cruelty free adresu. Może ktoś inny by skorzystał i zrobił lepszy użytek? :/ 
O dziwo mi się nie odechciało. 

Powoli moje myśli kierują się w stronę końca roku i upominkach. Uwielbiam :)

Jestem pijakiem herbaty Pukka. Zapiję się nią na śmierć. Przez parę miesięcy nagromadziło mi się kilka pudełek, których szkoda było mi wyrzucać, a ponieważ zawsze mam ochotę pić tą firmę ze znajomymi to wymyśliłam nieprawdobodobny pomysł na prezent na święta dla osoby o której można powiedzieć jedno: napalony herbaciarz. Pomysł jest następujący: trzeba kupować sobie ulubioną herbatę w torebkach (takich papierowych torebkach, chodzi mi o kopertki), co ładniejsze pudełka zostawiać i wrzucać do nich mix torebek. Akurat Pukka jest droga, ale wiecie o co mi chodzi. Chodzi o ideę dzielenia się. I picia.

Pukka ma fenomenalne opakowania i jest bardzo pyszna, nasycona, intensywna, często słodka, bo z lukrecją. Najlepsze są cynamonowe wariacje. Love była bez wyrazu, Three Fennel też mi nie przypadła, Night time ululała mnie do snu i moje koty wariowały za jej zapachem.

Poprzekładałam po kilka torebek do ładniejszych pudełek i wyszedł mix, którym obarczę kilka osób. Jestem gijeniuszem. A do wspólnego opijania się herbatą kupię grę planszową. Mam na oku Listy z Whitechapel, bo wiktoriański Londyn i kryminał z Kubą Rozpruwaczem w tle to jest to czego mi trzeba na zimowe wieczory i poranki. Jeśli jesteście fanami planszówek i możecie coś polecić to skrobnijcie u dołu.



-----------------------------------------------
Alanis Morissette - Hand in my pocket

sobota, 5 września 2015

Wkurzacz do paznokci

Odkąd pamiętam wraz z 1 września, gdy dzieciątka wracają do szkół, wokoło robiło się zimniej - nieoficjalną jesień czas zacząć! :) Uwielbiam tą porę roku - wyciągam gdzieś na wierzch ogromniste skarpety, wycieram z kurzu zapachowe świecie i odkłaczam płaszcz. Nadszedł czas bardziej regularnego blogowania - w czasie lata szkoda czasu na siedzenie na kompie. Wbrew pozorom usmażenie krótkiego posta zajmuje ze dwie godziny. Jak co weeekend pomalowałam sobie paznokcie. Ale nie lakierem Spa Ritual.

Lakier do paznokci Spa Ritual ... Kupiłam biały, ponieważ ów kolor przepięknie podkreśla bladość skóry dłoni i cudnie się prezentuje razem z czerwonymi ustami i czarną krechą na oku. Jest nieprawdopodobnie elegancki, świeży, odmładza kończyny, świetnie wygląda ze złotą biżu. Trzeba umieć nim malować, bo jak pociapiemy skórki to wyglądają jak upaciane korektorem podczas nudnej lekcji :p



Wszystko pięknie - lakier dla wegan i bez chemii, która tylko czeka aż ją zaaplikujemy na jakikolwiek skrawek skóry, żeby wchłonąć się w trzewia i nakarmić raka...

Ale jest koszmarny po nałożeniu. Po 3 warstwach trochę się błyszczy. Powtarzam: lakier TROCHĘ się błyszczy. Jest brudny, jakby biała farba na ścianie po 15 latach potrzebowała odświeżenia.
Trzeba tu jakąś metodę zastosować. Np pokryć go bezbarwnym utrwalaczem. Albo wybrać inną biel firmy Nubar czy Zoya. I to koniecznie.

Nie lubię go, co to wogóle jest? Jedyny plus daję za flaszkę: trzonek jest gumowy, bez problemu się otwiera. Szkoda, bo nie jest to tania farba do paznokci.

Więcej wegańskich lakierów - T U T A J -

------------------

Jackson Man in the mirror
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...