środa, 9 grudnia 2015

Megilounge

Megilounge od roku jest weganką! LINK
Ależ ten wegański świat pędzi nie nadążam... Tak samo jak w przypadku Nissiax83 dowiaduję się przypadkiem :)

Megi jest jedną z pierwszych blogerek jakie pisały o kosmetykach nie testowanych na zwierzętach.


Megilounge jest od jakiegoś już czasu mamą. Nie podglądam jej blogowego życia już od dobrych paru... lat, ale od czasu do czasu przypomina mi się jakaś twarz z blogosfery albo youtube i miło jest, gdy się odkrywa, że dana osoba dalej pisze/ kręci filmiki.

A okołoświątecznie - miałam robić milion postów o kartkach światecznych i eko choince, ale mam strasznego doła zagranicznego. Nic mi się nie chce... Odliczam godziny do urlopu. Jak dorwę mamine pierożki to mnie żaden weganin od nich nie oderwie (będzie w nich biały ser).

Do sklikania :*

-------------
trans siberian orchestra christmas

niedziela, 22 listopada 2015

Fun Fact










sobota, 14 listopada 2015

101-latek, który jest weganinem

Dr Ellsworth Wareham urodził się 3go października 1914 roku, z zawodu jest kardiochirurgiem - na temat ataku serca mógłby Wam powiedzieć wszystko. W dalszym ciągu czuje się na siłach, aby prowadzić auto, nie używa laski. Mieszka w USA. Przyznaje, że dieta wegańska ma największy wpływ na jego długowieczność.


na zdjęciu wygląda jak każdy inny dziadek w wieku około 75 lat

Przygodę z weganizmem zaczął jakieś 50 lat temu (czyli obecnie połowa jego życia), jest weteranem II wojny. Na emeryturę przeszedł w wieku 95 lat, ponieważ chciał więcej czasu spędzać z rodziną :D

People are very sensitive about what they eat.

Ciekawe czy kardiolodzy są na jakiejś fajnej diecie, czy obżerają się makdonaldem?

-----------------------------------------
this will make you love again iamx

sobota, 7 listopada 2015

Uroki pracy w stomatologii

Ten tekst będzie dołujący - jak na jesień przystało :)

Mieliśmy beznadziejnych pacjentów w tym tygodniu i jestem zmordowana. W ostatnim miesiącu zrypały się prawie wszystkie maszyny, szef chodzi zestresowany, do urlopu zostało mi 7 tygodni i rychło zacznę chodzić po ścianach i być grumpy jak kot



Jak jestem zmęczona psychicznie to dosłownie stoję jak na jakimś pustkowiu i czuję, że życie w promieniu kilku kilometrów zamarło razem ze mną. Żeby robić w medycynie to trzeba mieć anielską cierpliwość albo baaardzo lubić pracę z ludźmi. No bo czego w gabinecie nie mamy:

urojone bóle - nooo, coś mnie boli po lewej stronie, ale w sumie to nie wiem jak to opisać, więc czekam na diagnozę.

pacjent agresywny - to WASZA wina, że od 10 lat nie chodzę do dentysty i mam dziurę po sam korzeń i spuchłem jak świnia!

dzieci-pytajniki - a co to? a będzie bolało? a po co to lusterko? a dlaczego mam ten wacik przy zębie?

sam wiem najlepiej co mi trzeba - boli, więc pewnie kanałowe leczenie? a może antybiotyk?

Lubię tą pracę, na szczęście relacje z pacjentem ma dentysta, ja się nie muszę produkować. Czasem bywa zabawnie :) Powiem szczerze, że nie rozumiem strachu przed stomatologiem - lekarz jak każdy inny. Jeden ogląda ci paszczę, a inny drugą stronę przewodu pokarmowego. Według magazynu Independent jest to najbardziej niezdrowy zawód - można dźgnąć się strzykawką lub wiertłem (jak sierota, która to pisze), zostać ugryzionym przez małego pacjenta (to się byłej szefowej przytrafiło), pracuje się z chemikaliami, podczas wiercenia ślina i krew są wszędzie (po znieczuleniu pacjentom się czasem nie trafi do spluwaczki), kręgosłup nawala od nachylania się nad pacjentem w tej samej pozycji przez 8 godzin dziennie. O rany, ale trafiłam XD
Może nie dziwcie się aż tak bardzo, że za plombę tyle się płaci ;) Koniec końców macie wywaloną w kosmos białą, z roku na rok lepszej jakości plombkę/protezę/koronę/implant, a żeby je szybko zrobić potrzeba dwóch osób.


------------------------------------
Gallowbraid - Oak and Aspen

niedziela, 1 listopada 2015

Rzecz o paście do zębów dla zielonych

Kilka dni temu w gabinecie stomatologicznym zobaczyłam horror z innej epoki - 21-letnią dziewczynę prawie bez zębów, ostało się jej kilka w środku, na dole żuchwy. Powtarzam - młoda dziewczyna ma sztuczną szczękę. Jeśli nie straciła ich w wyniku urazu to musiała na taki stan baaardzo długo pracować - od maleńkości na pewno (ukłon dla rodziców). Myślałam, że takich osób, w dobie reklam dentystów polecających w tv jakąś tam pastę, już nie ma. Zęby dwa razy dziennie, po posiłku należy szczotkować pastą. Ona przyszła na zrobienie plomby. Bożesztymój ... i oczekuje drugiego dziecka. Cóż - pewnie żyje pełnią życia.


No to pasta do zębów od Green People, z koprem włoskim (fennel) oraz propolisem (kit pszczeli). Jak pragnę zdrowia - pierwszy raz te składniki w pastach widzę. Zapachem przypomina mi faktycznie jakiś kit do uszczelniania łazienki. Pasta jest niewielkich rozmiarów, plastikowa tubeczka zawiera 50 ml, pakowane w kartonik - nie wiem po co. Zapewne jest to dodatkowa ochrona podczas transportu.
100% naturalna - wszystkie składniki pochądzą z natury, nie zawiera fluoru oraz SLS, jest ECO CERT.

Co z tym fluorem - używać czy nie? Większość past jakie przez ostatnie 1,5-2 lata kupowałam nie zawierały fluoru. Nie mam nowych ubytków. Raz mi stara plomba się ukruszyła, więc zastąpiłam ją białym kompozytem, wcześniej miałam małe dziurki między zębami więc zaczęłam używać nici dentystycznej. Nie pijam mleka, nie jem jogurtów. Pracuję w gabinecie, więc raz na pół roku proszę któregoś z dentystów o przegląd. Mam bardzo dużo plomb - prawie wszystkie z dzieciństwa lub okresu licealnego, kiedy to chodziłam do stomatologa, gdy mnie ząb bolał.

Dla wegetarian - propolis to składnik używany przez pszczoły do uszczelniania ula. Stanowi naturalną barierę przed drobnoustrojami. Podobne działanie ma goździk, więc zamiast tej pasty kupcie sobie Dabur.

Zdradzę Wam ciekawostkę - jeśli chcecie wybielić zęby to odstawcie kawę, herbatę i ...zacznijcie biegać :) W zębach też są naczynia krwionośne, które lepiej dotlenione wzmocnią również szkliwo. To brzmi być może dziwnie, ale zwróćcie uwagę na osoby, które uprawiają sport i na te, które jarają się kawą na śniadanie i wolny czas spędzają przed kompem.


---------------------------------------
naughty boy - runnin' (lose it all)

sobota, 10 października 2015

Monami Frost

Kolejny kanał wegańskiii!!! Ekscytuję się jakby takich kanałów mało było. Ale przekopać się prez yt w poszukiwaniu czegoś odpowiedniego dla siebie - całą jesień i zimę można stracić. Ani się obejrzysz a słońce będzie o 3 wschodzić.

pinterest.com


Monami Frost pochodzi z Łotwy, jest wydziarana po brzegi ciała, urodziła dziecko w wieku 15 lat i jest weganką od kwietnia 2014. Razem z mężem postanowili w duchu tej diety wychowywać córkę.

Uwielbiam takie osoby - wyróżniające się z tłumu już z daleka, sikające na jednakowe mundurki, make up no make up. Właśnie dlatego lubię duże miasta - można sporo takich postaci zobaczyć na ulicy. Ich styl jest Jakiś.

Podoba mi się jej mroczny image. A gdyby ona była ubrana na różowo i miała blond barbie perukę to byłabym równie zachwycona? Pewnie nie. Tak jak nie zrozumiem ciągot facetów do robienia sobie makijażu tak pewnie połowa świata nie czai o co fascynatom metalu chodzi :)

Monami wydaje mi się wyjątkowo naturalna w tej swojej wytatuowanej skórce. Co trzeba mieć w głowie, żeby zamiast delfinka wytatuować sobie coś w rodzaju muchy tse tse i trupie czachy? Najwyraźniej się odnalazła w świecie i niech jej się spełni przesilenie letnie :)

Time has become so precious to me

Jest tak przekochana i jeszcze niewinna, że musicie ją zobaczyć i posłuchać! Jej akcent jest uroczo doskonały. Macie TUTAJ jego próbkę :)

---------------------------------
Artrosis Szmaragdowa noc

niedziela, 4 października 2015

REAL FOODS W EDYNBURGU

Hell.o!

Od wczoraj jestem w fortepianowym niebie - rozpoczął się Konkurs Szopenowski. Rok temu pomyślałam, że fajnie byłoby wpaść do Wawy i obejrzeć zmagania na żywo, ale biletów już nie było T_T Uda się za 5 lat.


W przerwie fortepianowej poszłam na miasto, żeby uzupełnić zapasy. Zakupowy weekend przebiega u mnie w ten sposób, że prawie zawsze idę do mega sklepu dla vego-wegetarian REAL FOODS. Jest tu wszystko czego dusza zapragnie, zarówno wino do grzańca jak i mydło w płynie, znajdzie się tofu oraz suplementy diety. Są świeże warzywa i owoce, zupy w puszkach, wegańskie piwo, muesli na wagę, eko waciki do demakijażu, ciastka, herbaty i kawy. Dużo makaronów oraz lodówka pełna fejkowego mięsa. Drożej niż w Tesco, ale...


... ale bardzo lubię tu robić zakupy. Na jedzenie wydaje bardzo dużo funtów, jakieś 300 miesięcznie lub mniej. Kiedyś chciałam szybko oszczędzać i liczyłam każdego pensa wydanego na jedzenie - wyszło mi wtedy trochę ponad 200 funtów. Teraz wydaję jak popadnie, na jedzeniu nie oszczędzam. Organiczne orzechy nie tylko są droższe, ale muszę przyznać, że smaczniejsze. Tak więc w ostatecznym rozrachunku wolę mieć mniej na koncie, ale lepiej na talerzu.

A na koniec, w rytmie etiudy zapiszę tu sobie jesienny, październikowy widoczek z piętrowego autobusu numer 11. Jak widać w Szkocji nie tylko leje i wieje.



---------------------------
Konkurs Szopenowski

niedziela, 27 września 2015

Butter London



Lakierowa zboczenica. Dewiantka. Paznokciowy wykolejeniec. Butelkowa degeneratka, która nie może powstrzymać się, bo zobaczyła śliczny kolor jakiego jeszcze w życiu nie miała w swojej kolekcji. No nie mogę no... A może ja po prostu zapach lakieru lubię wdychać? Oto zagadka.

Ten lakier jest boski! Bardzo posh i classy. Stajlisz :) Solidna butelka, kwadratowe wieczko trzeba podważyć i ściągnąć - zostanie sama zakrętka od pędzelka, który jest bardzo zgrabny i mały. No ma się wrażenie, że paznokcie same się malują.

Bluey się nazywa - turkusik, należy nałożyć warstw 3. Nie 2. O 4 nawet nie myśl. 1 jest liczbą wykluczoną... Jestem super zadowolona z tego zakupu, dałam 4 szkockie funty w Tk Maxxie. Wg mnie warto, bo ta firma nie zawiera szkodliwych, rakotwórczych substancji (im mniej tego na siebie przez całe życie nakładamy tym lepiej, lakier do paznokci to zawsze coś)

Przyznaję - chyba po raz kolejny - że kosmetyki kupuję teraz tylko dlatego, że robię im tutaj małą recenzję i reklamę - wszystko tutaj jest nietestowane, . Butter London NIE JEST WEGAŃSKI - zawiera Hydrolyzed Silk (TUTAJ o składnikach pochodzenia zwierzęcego)
Nie zawiera formaldehydu, brak w nim toluenu, nie ma DBP, kamfory, ksylenów.

Hey ho :)

EDIT: 30/04/2016

---------------------------
Hrdza Na horach byva

niedziela, 20 września 2015

Hoo ho

Prezentów ciąg dalszy. Na fb znalazłam zdjęcie, które wyzwoliło we mnie tak do końca jesienno-zimową romantyczkę:


Są to ręcznie robione cotton-ballsy. Autorką jest osoba z którą chodziłam do liceum i której oddaję głos w tym poście. Razem dzieliłyśmy niedolę szkoły artystycznej:






W dzieciństwie większość prezentów, którymi obdarowywałam najbliższych to mniej lub bardziej udolnie
wykonane figurki z modeliny, laleczki, pudełka, zakładki do książek, druciane esy floresy ...
Możnaby jeszcze długo wymieniać przedmioty, które powstały w tamtym czasie.
Spacerując z rodzicami często przechadzałam się ulica wiodącą do Szkoły Plastycznej marząc, ze byłoby cudownie moc się kiedyś tam znaleźć. 
Udało się...Ciężko bo ciężko, ale się udało. 
Musze to przyznać, choć niechętnie, iż bardzo szybko rozczarowałam się. Moje ambicje, marzenia i pomysły szybko zostały uśpione. Bardzo szybko tez zostałam sprowadzona do parteru i to na dużo dłużej niż trwająca 5 lat szkoła. Do tego stopnia, ze praca, którą wykonywałam i w zasadzie nadal wykonuje diametralnie odbiegała od tego, co w przeszłości miałam nadzieje, ze będę robić. 
Razu pewnego po stresującym dniu w pracy chcąc si oderwać postanowiłam "przerobić" nudna lampę, która stała w salonie. I tak przygoda zaczęła się od nowa. Co jakiś czas wracałam do moich "ręcznych robótek". Nie raz zdarzało mi się pomarzyć o stworzeniu czegoś innego, w pełni mojego, to marzenie nieustannie do mnie wraca.
W trakcie  oczekiwania na mojego małego"robaka", bo tak początkowo nazywałam moja  obecnie 1,5 roczna Hankę, często spędzałam czas coś tworząc. To bombki na choinkę i opaski na włosy ręcznie dziergane, to podkładki na kubki, to ręcznie wykonane kartki okolicznościowe (kiedy była potrzeba wręczenia komuś takowej). Musze w tym miejscu wspomnieć, ze nigdy nie lubiłam rzeczy "powtarzalnych" i tych z tzw. sieciówek. 

Nie lubiłam i nie lubię, wiec kiedy miałam trochę czasu starałam się coś zrobić samemu niż po prostu pójść do sklepu i kupić. I tak to się zaczęło. Potrzebowałam pościel dla dziecka, ale żadna z dostępnych w sklepach nie podobała mi się, wiec zaprojektowałam ja sama. Chciałam lampki typu cotton ball lights, pomyślałam " do it yourself", efekt przerósł moje oczekiwania, wyszły całkiem nieźle. Zakochałam się w Sowach i postanowiłam zaprojektować dla "mojego robaka" podusio przytulankę, tak powstała pierwsza Sówka. 

Pomysły mnożyły się same i nadal sie mnoza. Obecnie próbuje połączyć z sobą dwie pasje... macierzyństwo i tworzenie niecodziennych przedmiotów adresowanych nie tylko do dzieciaków. Efekty mojej pracy można śledzić na moim fejsbukowym profilu Hoo ho, marki stworzonej z potrzeby robienia w życiu tego, co się kocha.



A wracając na chwilę do autorki bloga. Jeśli o mnie chodzi to przeszła mi ochota na bycie ,światowej sławy malarką' pod koniec 3 klasy. Ale czy artystyczne ciągoty umierają? Nie sądzę. Co prawda ostatnią rzeczą jaką malowałam były ściany w remontowanym mieszkaniu, ale chociażby tworzenie tego bloga albo ustawianie mebli i projektowanie pokoju w którym się będzie żyło to jakiś Twór siedzący w głowie i chcący się uwolnić.

---------------------
hurts lonely sunday

czwartek, 17 września 2015

Salad Love

Prezenty prezenty. Ja wiem, że jeszcze dużo czasu, ale jeśli czegoś nie lubię to fajna inspiracja na prezent pod choinkę na 3 dni przed świętami :) Dlatego dziś o literaturze obrazkowej.

Wszyscy zgarniają dla siebie Jadłonomię, ale może zapoznacie się z inną roślinną książką:



Salad Love Davida Bez - autora bloga saladpride.blogspot.co.uk

Spodoba się osobom, które w tym roku walczą z nadwagą, myślą o przejściu na wege/-anizm lub zdrowie się im posypało i nagle muszą uważać na cholesterol. Albo lubią książki kucharskie. Albo Wy nie macie pomysłu na prezent :)

Książka jest uroczo skąpa, talerzyki postawione na białym obrusie czekają aż ktoś je spałaszuje. Pierdyliard wersji sałatkowych, prosto i czytelnie. Idealne dla kogoś kto poszukuje inspiracji na lunch w pracy, jakąś zagrychę lub coś na ząb wieczorem. Dosyć niezdrowego żarcia! Syfowi mówimy niet!


Przy każdym talerzu znajdziecie krążek z wersją dla: wegetarian, wegan i witarian, a w nim krótki opis co czym zamienić w przepisie, aby kompozycja się nie zawaliła. Książkę dostaniecie na aros.pl, są tam świetne promocje, bardzo dużo tytułów. 

weganie: zamiast sera dodaj kawałek melona pokrojonego w kostkę

dla wegetarian: zastąp krewetki jakimś łagodnym serem

wersja dla witarian: zamiast fety dodaj pestki dyni i surowe oliwki

--------------------------------------

sobota, 12 września 2015

HERBACIANY PREZENT

EDYCJA 10 11 2017: Od września 2017 PUKKA należy do koncernu unilever.


Jak sobie popiję (piwo organiczne) to nawet mi pomysły na posty przychodzą do głowy :)
Jak zakładałam bloga to największym lękiem było moje słomiane zapaleństwo: za 3 dni mi się odechce i szkoda zmarnowanego cruelty free adresu. Może ktoś inny by skorzystał i zrobił lepszy użytek? :/ 
O dziwo mi się nie odechciało. 

Powoli moje myśli kierują się w stronę końca roku i upominkach. Uwielbiam :)

Jestem pijakiem herbaty Pukka. Zapiję się nią na śmierć. Przez parę miesięcy nagromadziło mi się kilka pudełek, których szkoda było mi wyrzucać, a ponieważ zawsze mam ochotę pić tą firmę ze znajomymi to wymyśliłam nieprawdobodobny pomysł na prezent na święta dla osoby o której można powiedzieć jedno: napalony herbaciarz. Pomysł jest następujący: trzeba kupować sobie ulubioną herbatę w torebkach (takich papierowych torebkach, chodzi mi o kopertki), co ładniejsze pudełka zostawiać i wrzucać do nich mix torebek. Akurat Pukka jest droga, ale wiecie o co mi chodzi. Chodzi o ideę dzielenia się. I picia.

Pukka ma fenomenalne opakowania i jest bardzo pyszna, nasycona, intensywna, często słodka, bo z lukrecją. Najlepsze są cynamonowe wariacje. Love była bez wyrazu, Three Fennel też mi nie przypadła, Night time ululała mnie do snu i moje koty wariowały za jej zapachem. Przyjemna jest herbatka dla mam karmiących, dla ciężarnych - niezbyt mi smakowała. 

Poprzekładałam po kilka torebek do ładniejszych pudełek i wyszedł mix, którym obarczę kilka osób. A do wspólnego opijania się herbatą kupię grę planszową. Mam na oku Listy z Whitechapel, bo wiktoriański Londyn i kryminał z Kubą Rozpruwaczem w tle to jest to czego mi trzeba na zimowe wieczory i poranki. Jeśli jesteście fanami planszówek i możecie coś polecić to skrobnijcie u dołu.




-----------------------------------------------
Alanis Morissette - Hand in my pocket

sobota, 5 września 2015

Wkurzacz do paznokci

Odkąd pamiętam wraz z 1 września, gdy dzieciątka wracają do szkół, wokoło robiło się zimniej - nieoficjalną jesień czas zacząć! :) Uwielbiam tą porę roku - wyciągam gdzieś na wierzch ogromniste skarpety, wycieram z kurzu zapachowe świecie i odkłaczam płaszcz. Nadszedł czas bardziej regularnego blogowania - w czasie lata szkoda czasu na siedzenie na kompie. Wbrew pozorom usmażenie krótkiego posta zajmuje ze dwie godziny. Jak co weeekend pomalowałam sobie paznokcie. Ale nie lakierem Spa Ritual.

Lakier do paznokci Spa Ritual ... Kupiłam biały, ponieważ ów kolor przepięknie podkreśla bladość skóry dłoni i cudnie się prezentuje razem z czerwonymi ustami i czarną krechą na oku. Jest nieprawdopodobnie elegancki, świeży, odmładza kończyny, świetnie wygląda ze złotą biżu. Trzeba umieć nim malować, bo jak pociapiemy skórki to wyglądają jak upaciane korektorem podczas nudnej lekcji :p



Wszystko pięknie - lakier dla wegan i bez chemii, która tylko czeka aż ją zaaplikujemy na jakikolwiek skrawek skóry, żeby wchłonąć się w trzewia i nakarmić raka...

Ale jest koszmarny po nałożeniu. Po 3 warstwach trochę się błyszczy. Powtarzam: lakier TROCHĘ się błyszczy. Jest brudny, jakby biała farba na ścianie po 15 latach potrzebowała odświeżenia.
Trzeba tu jakąś metodę zastosować. Np pokryć go bezbarwnym utrwalaczem. Albo wybrać inną biel firmy Nubar czy Zoya. I to koniecznie.

Nie lubię go, co to wogóle jest? Jedyny plus daję za flaszkę: trzonek jest gumowy, bez problemu się otwiera. Szkoda, bo nie jest to tania farba do paznokci.

Więcej wegańskich lakierów - T U T A J -

------------------

Jackson Man in the mirror

sobota, 22 sierpnia 2015

Olejowanie zębów

W okresie letnim wyjątkowo nie chce mi się blogować. Mój blogostan jest naruszony, znajduję milion ciekawszych rzeczy do zrobienia. Teraz na ten przykład tynkuję dziurki w ścianach - remontujemy mieszkanie siostry i jej szkockiego chłopa. Prace w rodzaju zdzieranie tapet jest równie fajne co obserwowanie jak farba wysycha, ale lubię powiew świeżości, gdy ostatni taborecik zostaje ustawiony w odpowiednim kąciku, a ja układam Melisski w równym rządku w nowej szafie :3 (te gumowe butki są serio serio niesamowite - teraz każde inne wydają mi się twarde jak holenderskie drewniaki).

W okresie letnim olewam nawet inne blogi. Zalewa mnie jak widzę foty z pobytu nad kanionem, jazdę konną, open air'y i inne takie. Mam wtedy wrażenie, że każdy inny życiorys jest ciekawszy od mojego. Lato w Edynburgu ogólnie cienkie jak ten barszczyk - zimno i leje. O dziwo czuję się tu jak ryba w wodzie. Czasem przytrafi się naprawdę gorący dzień - jestem wtedy struta jakby mnie ktoś na tydzień w pokoju bez otwartego okna zamknął. Lubię słońce, lubię wystawić ryjek do nieba i naprodukować witaminek, ale taka upalna godzina lub dwie wystarczą mi raz na jakiś czas. Jak sobie przypomnę swoje sierpniowe funkcjonowanie we Włoszech albo obecne, 35 stopniowe upały w Polsce, to aż piszczę z radości, gdy mam za oknem szkocki dzień :D ale ze mnie świr.


tutaj nie będzie słonecznych fotek z wakacji pod palmami


Praca w stomatologi sprawia, że jestem niemal sterylna na co dzień i od święta. Jak nie użyję nici dentystycznej to nie mogę zasnąć ;)

Mam dla Was coś nowego do wieczornej rutyny łazienkowej:

nałóżcie na szczoteczkę do zębów trochę pasty + ciut oleju kokosowego i wypucujcie tym ząbki :)

Jeśli chodzi o nocną rutynę oralną to dołóżcie sobie również metodę łyżeczkową: usuńcie łyżką stołową biały nalot z języka. Wiecie o co mi chodzi? Zdrapcie ten szajt końcówką łyżki. To syf, który jest nam w buzi niepotrzebny podczas spania. Odwleczemy dzięki temu kolejne borowanie o jakieś dwa dni.

--------------------------------------------

Gaelic Storm - Black is the colour


sobota, 4 lipca 2015

Mad Max! Dzikość w sercu a w głowie szaleństwo

WSANIAŁY! Szalony Maksik!



W tym roku obejrzałam mnóstwo, mnóstwo, MNÓSTWO cudownych filmów. Mad Maxa sobie odpaliłam, bo zobaczyłam zachęcającą, krótką recenzję popularnej blogerki. No i przepadłam - film rozwala system :) jest to jazda bez trzymanki.

Futurystyczny świat, zapewne po jakiejś bliżej niekreślonej katastrofie. Bród, smród i ubóstwo. Film rozpoczyna scena polowania na Maxa, który po schwytaniu używany jest jako dawca krwi, na ciele tatuują mu ,dane osobowe' czyli grupę krwi, stan umysłowy i ogólnie, że super inkubator wszystkich narządów jeśli zajdzie potrzeba. Co za dzicz!

So I exist in this wasteland. 

Świetnie połączyli Mad Max Road Warrior z Melem Gibsonem (drugi film cyklu) i Fury Road z Tomem Hardy - w Warrior świat jest jeszcze trochę zielony, aby w Fury zrobił się całkiem pustynny. Świat znika na naszych oczach. Zanika człowieczeństwo, zostaje walka o przetrwanie. Ludzie w tym filmie są gorsi niż zwierzęta np scena, gdy gruby Furer wrzeszczy do swojej ciężarnej modelki:
- To moje dziecko! Moja własność!
Kobiety są w tym filmie zresztą wspaniałe. Nie jakieś ciamajdy, które proszą o związanie ich krawatem.

Obejrzyjcie oba Mad Maxy.

Świat zmaga się z deficytem jedzenia, będzie to w przyszłości problem globalny. Świetny film o ucieczce do lepszego świata (emigracja, hyhy...), trochę taka wersja: co by było gdyby cały system dupną, terroryści opanowali świat i ogólnie dziadostwo zamiast lotów w kosmos.

Idę sobie po raz ztrzeci obejrzeć Fury Road. Być może jako młoda kobieta powinnam mieć ciekawsze zajęcia do roboty, ale ja kocham kino i dwugodzinnej czystej przyjemności mi nikt nie odbierze :)

-------------------------
brian adams summer 69

niedziela, 28 czerwca 2015

P Shine - manicure japoński

Siema mani-fani! :D

Pokażę Wam poratunek na połamane paznokcie. Coś nowego ale i starego jednocześnie. Nowego, bo czegoś takiego polskie kobiety jeszcze nie widziały, starego - ponieważ w Japonii ten naturalny manicure znany jest od stuleci.

Od niepamiętnych czasów łamią mi się paznokcie prawej ręki, zwłaszcza na kciuku i wskazującym - klikanie we wszelkiego rodzaju guziki, zdrapywanie, wyciskanie syfów etc jest tego winą. Co by tu zrobić? Można zaopatrzyć się w zestaw past do wcierania w płytkę firmy P.Shine LINK. W skład tego wchodzi pasta i puder do wcierania, papierowe pilniczki do ścierania oraz ... polerka robiona ze skóry jelenia. Dla wegetarian syf, ale nie trzeba kupować całego pudełka z wszystkimi gadżetami. Kluczem do sukcesu jest malutkie opakowanko pasty z minerałami, które zawiera pyłek pszczeli (nie wegański). Inne elementy są do zdobycia inną drogą lub nie potrzebujemy ich wcale.

Jak używać?

Bardzo drobniutenieńkim pilniczkiem trzeba zmatowić płytkę - zedrzeć z niej warstwę wierzchnią, łącznie z tłuszczem i zanieczyszczeniami - minerały lepiej się wchłoną. Następnie szpatułką nakładamy nieco pasty i wcieramy. O tak jak w LINKU

W skład preparatów wchodzą: krzemionka z morza japońskiego, witamina A + E, prowitamina B5, pyłek pszczeli (źródło cystyny), keratyna.

Nie wiem po co jest ten puder - zabezpiecza najwyraźniej, ale nie używam go i jest ok.

Po 3 tygodniach płytka paznokcia w dalszym ciągu się błyszczy. Nie go nie zedrze, dłonie możemy myć i myć, a płytka pozostanie połyskliwa jakbyśmy ją dopiero pociągnęli bezbarwnym. Nie matowi jej żel do dezynfekcji z alkoholem (używam często gęsto w pracy). Całość wygląda subtelnie, zdrowo i nudno. Lubię mieć pomalowane paznokcie i malowałam sobie paznokcie mając P.Shine na nich - lakier z wypolerowanej płytki nie odpryskiwał, a po jego zmyciu paznokcie dalej błyszczały.

Pasta jest najważniejsza z całego zestawu. Można ją kupić osobno, starcza na wieki.


Świetny dla dziewczyn, które nie mogą w pracy mieć pomalowanych paznokci. Lub malują od święta, a na co dzień wolą mieć naturalne, zdrowo błyszczące pazurki.

Tylko ta nieszczęsna polerka robiona ze skóry jelonka - warto pastę kupić osobno, puder niepotrzebny, pilniczki można dokupić za grosze. Do polerowania pasty natomiast nada się... no właśnie CO? Kupiłyśmy z siostrą pudełko P.Shine na ebay.u i dopiero potem dowiedziałam się, że polerka nie jest wegańska. Tak więc uczulam. Spróbuję wcierać pastę zwykłą chusteczką do okularów. To wcieranie jest najbardziej upierdliwą i czasochłonną czynnością przy Pi.Szajnowaniu. Ale warto. Paznokcie są mocniejsze.

Więcej poczytacie też u Tokyopongi - Polki mieszkającej razem z mężem w Tokio :)

zedd clarity

poniedziałek, 1 czerwca 2015

Boo

Czasem myślę o założeniu bloga jakiegoś inszego, ale ... na chęciach się kończy, ponieważ wszystko co robię kręci się dokoła wegetarianizmu lub cruelty free sfery, czyli będą to tematy jak znalazł na ten adres.

Bo jeśli ię do sklepu to myślę o tym, żeby upichcić coś na wegańsko. Wywalam śmieci i się zastanawiam czy to fajne pudełko po czekoladkach może mi się przydać do czegoś. Zabieram się za sprzątanie i rozkminiam jak to zrobić w najmniej chemiczny sposób. Kurczę - nawet drinka właśnie po siostrze dopijam, żeby się nie zmarnował, bo ona wychodzi :D

Przydałby mi się blog o detoksie i jakimś odgraceniu umysłu od tego. Ale po co? Nie czuję sie tym zmęczona ani nie boli mnie od tego kręgosłup. To jest jak hobby, które służy mojemu zdrowiu.

Wczoraj byłam w Dublinie i widziałam Book of Kells (jedno z marzeń mojego życia zostało odfajkowane, piszę żeby się pochwalić, haa). Tysiącletnia książka zainspirowała mnie do smarowania podobnych iluminacji. Jakich farbek do tego użyję? Pójdę do sklepu i kupię? Neeeh - popełnię je lakierami do paznokci, bo mam ich tyle, że głowa mała. Jest w tym wszystkim niemała satysfakcja. Dobrze mi z tym moim bzikiem.



Może w tym wszystkim jest jakaś magia pieniądza - stać mnie na kupowanie droższego eko płynu do kibla, albo mleka sojowego roślinnego co 3 dni. Kupuję rodzinie i znajomym raczej spektakularne finansowo prezenty. Kupiłam auto ale nim nie jeżdżę (o rany - zjadło mi to bydle wszystkie oszczędności, już nigdy więcej automobilu!)

Ale z drugiej strony nie latam po szmatach w każdy weekend i nie mam 15-Stu milionów torebek. Nie chodzę do fryzjera, nie wydaję na edukacje, lektury pożyczam od lasek z pracy albo (kiedyś) z biblioteki, praktycznie nie bywam w restauracjach (życie socjalne trochę leży i kwiczy), nie lubię zamawianego lub gotowego do kupienia jedzenia więc zmuszona jestem do samodzielnego gotowania. Nie mam dzieci. Kiedyś podróżowałam więcej.

No i tak sobie skrobie pod jedynym słusznym adresem :)

----------------------------------------
Loreena McKennitt Bonny swans

poniedziałek, 25 maja 2015

Ro's Argan

Zdjęcie podsumowujące ostatnie pół roku w moim wydaniu wygląda tak: 


Wszech-Kosmetyk. Produkt po którym długo długo nic i ewentualnie inne mazidło nawilżające naskórek.

You simply the best!

Jest to najlepsze smarowidło jakie kiedykolwiek miałam. Nie miałam ich wiele, ale ten jest Asem, Bestsellerem i Ukochanym w jednym. Fantasstyczny produkt. Lato za paskiem, opalanko i masowe przesuszenie posłoneczne - kupcie Lush.a!

Jest drogi (około 80 zł), ale za jakość czasem trzeba zapłacić. Jeśli macie nadwyżkę gotówki i chcecie ją dobrze zainwestować w kosmetyk oto on - różana odżywka do ciała. Podkreślam ,odżywka' ponieważ jest to niebywale treściwy kosmetyk. Jest bardzo tłusty, zostawia gruby film - trzeba go wetrzeć w ciało (zwłaszcza w suche partie typu ogolone łydki albo ramiona), zostawić na 10 min i słukać pod prysznicem.

Osobiście Ros'a używałam tylko na dłonie i stopeczki, ponieważ te partie mam mocniej suchawe. Jestem bardzo zadowolona. Kupiłam, ponieważ wielbiam zapach róży, a ten po prostu różą wali. A że poza zapachem świtnie nawilża... cóż kupiłam dla zapachu, a dostałam bombowy smalec do skóry :)

Warto Dziewczęta! Zainteresujcie się tym konkretnym kosmetykiem Lusha. Olejcie inne mydełka czy maseczki. Kupujcie Argan Różany.

iz + somwere over the rainbow

sobota, 23 maja 2015

Konsumacja frustracja

Jestem w trakcie czytania książki Mniej Marty Sapały, którą kupiłam za mniej złotych na stronie dyskontu książkowego aros.pl i nasuwa mi się na każdej czytanej stronie jakiś przyjemny wniosek lub inspiracja to sobie o tym popiszę.


picture z aros.pl


Byłam ostatnio na wakacjach w Polsce i było mi dobrze. Mieszkając w Szkocji brakowało mi ogarnięcia jakim obdarzony jest mój ojciec. Ten facet wyciągał ze śmietników meble do mojego pokoju jeszcze zanim o nurkowaniu w śmieciach zaczęło być głośno. Jakoś dziwnie czytało mi się o tym, że jest to nowa moda - przecież w moim pokoju od lat wisi lustro z odzysku oraz półka na książki zmontowana z desek uprzednio przez kogoś wyrzuconych. To jest takie fajne, gdy wyprzedza się modne czasy ;)

Książka zachęciła mnie to rozpoczęcia czegoś podobnego tzn czytając ją w autobusie postanowiłam rozpocząć eksperyment Rok Bez Zakupów i w istocie nie kupiłam niczego w TK Maxxie, który to sklep z ciuchami był moim celem tego dnia. Ostatni rok w Edynburgu to ciągłe kupowanie, przyznam iż zachłysnęłam się łatwością zdobycia kilku ,niezbędnych do życia' rzeczy typu mata do jogi, buty Meliski, eko śrajtaśma i cruelty-free kosmetyki o których marzyłam jeszcze przed emigracją (LUSH! <ślinka dalej cieknie>).

Pewnego dnia myłam wody z głową pochyloną nad wanną, złapałam flaszkę z szamponem i przy okazji wywaliłam do owej wanny kilka innych butelek - zagracona jest nasza mikro łaźnia niemożliwie. Przypatrzyłam się kosmetykom i co? Dwa żele do higieny intymnej, 3 szampony, dwie takie same butelki ogromnego żelu pod prysznic, olejek do włosów razy dwa, olejek do ciała sztuk 4 - tu macz. Syf mi się już odgracił i nie pozwolę, żeby po raz kolejny mnie opętał.

Podobną książkę kiedyś już czytałam, miała tytuł Zieloni śpią nago. Świetna lektura, zerknijcie na obie.


miyauchi yuri

sobota, 2 maja 2015

Atlas chmur

Obejrzalam Cloud atlas - ten dziwny film ponad rok temu i pomyślałam, że znajdzie się dla niego post na tym blogu.

Film jest gigantyczny. Gdy mówię w ten sposób mam na myśli wielowątek, multum plotów i zakrętasów, które zamęciły mi w głowie. Nie pamiętam jaki film spowodował u mnie takie skupienie mózgu. Zrobiła mi się nawet zmarcha między brwiami.

Nie lubię tego filmu. Jest za długi, pokręcony, nie trzyma się to wszystko razem, nie lubię gry aktorów. Jest tu dużo zbędnych momentów, nie mam ochoty do tego wracać. Kojarzy mi się z dziełem Husserla albo Kanta (filozofia bardzo twarda) - podczas lektury dostawałam zatoru.

Pisze o fiomie dlatego, że porusza temat jedzenia mięsa i jego produkcji (to co robią z kelnerkami). Zakończenie mnie innymi słowy zwaliło z nóg... Bardzo lubię też motywy poruszania się w czasie i przestrzeni, w to że wracamy na Ziemię w innym wcieleniu; ten moment deja vu. Jedna z fajniejszych dla mnie scen to ta, gdzie H. Berry w latach 60-tych siedzi w tym sklepie z płytami i gada ze sprzedawcą na temat muzyki, która leci w tle:
- I know I know it... - (gdzieś to już słyszałam :D)
No i kocham T. Hanksa. Ten aktor jest większy niż niejedna scena filmowa. Zawsze chętnie na niego paczam, uwielbiam bohaterów przez niego kreowanych.

Film jest na podstawie książki, po którą chętnie sięgnę :)


IMDb

-----------------

Indila + Tourner dans le vide

wtorek, 21 kwietnia 2015

Bentley Organic


Mydło organicznego pochodzenia jak mydło - z pompeczką, myje, pieni się trochę. Bentley Organic to marka brytyjska, powstała w 2006 roku.

Jest w tym kosmetyku coś milutkiego. Jest to prawdziwe mydło wg mnie - podczas mycia ręce są śliskie jakby myte silikonem - świetne uczucie! To wrażenie jest trochę trudne do zmycia - płuczesz dłonie pod ciepłą wodą i końca temu procesowi nie widać. Jest to według mnie płynna wersja Savon Noir - podobny zapach i dogłębne oczyszczanie. Fajne do domowego hammamu czyli tureckiej kąpieli z maską z błota, nacieraniem olejami i zanurzeniem się w blogosferze.......yyy błogiej sferze.

Starcza na wieki! Jest nieprawdopodobnie wydajne, bardzo gęste, treściwe, zdrowe. Myję nim czasem włosy powiem szczerze :) Ciekawe czy mają ten produkt w 2 litrowych workach, do uzupełniania pompeczki?

Dla Vegan naturalnie.




sobota, 4 kwietnia 2015

Aftermath Population Zero

Cześć i czołem pytacie skąd się wziąłem :)

Dziś będzie o filmach. Jestem kinomaniakiem. Od lat dziecięcych podglądam filmy fabularne, mam kilka swoich ulubionych i ogólnie 2 godziny przed monitorem to dla mnie relaks nad relaksy. Czasem oglądam film za filmem i ogólnie dostaję palpitacji serca, bo oto kolejne dziadostwo niewarte mojego czasu. Strasznie mnie to smuci - że trafiam na gnioty niepotrafiące mnie wzruszyć. I wtedy trafiam na ciekawy film dokumentalny.

Dzisiaj będzie o Aftermath. Jest to dokument o zniknięciu ludzi z planety Ziemia. Hipotetycznie, z cyklu: co by bylo gdyby...



Film rozpoczyna standardowa procedura - ludzie rządzą Ziemią, jesteśmy ponad podziałami, tworzymy pomniki historii i ogólnie napędzamy koniunkturę. Co by się stało, gdyby nagle nas zabrakło? Taki senariusz jest mało prawdopodobny, ale jakże kuszący - jak dalej świat się bez nas potoczy? Jedzie sobie rolnik traktorem po polu i nagle go zabraknie - co to będzie? Czy nieodwracalnie zmieniliśmy świat? Co po nas zostanie?

Co się stanie z ulichami? Opuszczonymi miastami? Oceanami? W tym samym momencie, gdy nas ubywa swiat zaczyna się zmieniać. Minuta po zniknięciu ludzi, rok, tysiąc lat. Obejrzyjcie koniecznie!

Zakończenie jest arcyciekawe i prawdę mówiąc nie spodziewałam się go. Paradoksalnie jedyną pozostałością po naszej obecności byłby Księżyc - to na nim po wsze czasy będą odciski butów astronautów, łazik Pathfinder czy wszechobecna do porzygu flaga amerykańska.

LINK DO FILMU
--------------------



niedziela, 29 marca 2015

Things I never do

Leniwa, okropnie okropna niedziela. Zrobiłam niewielkie przemeblowanko w pokoju i odkurzyłam. Może nawet bym się przeszła na miasto, ale pod koniec miesiąca jestem spłukana, a nie lubię szlajać się po świecie zewnętrznym bez celu. Cel musi być przynajmniej spożywczy.
Jest tak cudnie w ten obleśny, deszczowy dzień, że aż odpaliłam Slipknota (Iowa), świeczkę i piwo i leniuchuję za cały miniony tydzień oraz za nadchodzące 5 dni robocze. Koło mnie leży Molly, która niedługo zacznie rodzić. Kociczka łazi za ludźmi jakby się bała zostać sama w niepewnej dla niej godzinie. Ojejku - będę ciocią po raz drugi :3
Zaczęłam również naukę japońskiego. Za dwa lata o tej porzę będę w Tokio na wakacjach - ja Wam to dziś już prorokuję!



pinterest I guess?


Nie kupuję kosmetyków ostatnio zbyt wiele, a nawet jeśli to zrobię to recenzja będzie raczej chwytliwa niż zniechęcająca. No to zapchajdziura: Rzeczy nigdy przeze mnie nie robione (zaprzeczenie zaprzeczenia - zawsze miałam z tym problem, ale chyba wiadomo o co chodzi, oui?)

Zaporzyczyłam z vegańskiego bloga Coffee & Heels


Nie oglądam telewizora.

Nigdy nie zamawiałam pizzy na telefon i nie rezerwowałam stolika w restauracji :/

Nie mam parcia na kupowanie najnowszych modeli telefonów czy laptopów, marka jest dla mnie zlepkiem kilku liter. Aczkolwiek Apple i Parfum d'Empire robią dobrą robotę.

Nie czytam magazynów kolorowych.

Nigdy nie wypiję znowu herbaty z mlekiem, nawet sojowym. Tfu tfu tfuuuuuuuuu

Nie nosze butów na wysokim obcasie (prawie) nigdy. Nie mój wydział.

Jeszcze nie byłam poza kontynentem europejskim.

Nigdy nie roznosiłam ulotek i nie pracowałam w call center.

Nie udzielam się automobilnie na ulicy - nie wsiadam do auta za kierownicą innymi słowy.

Nie czeszę kotów. W sumie nie jest im to potrzebne.

Nie mam tuszu do rzęs.

Nie kolekcjonuję kubków, butów, torebek.

Nie chodzę do fryzjera. Powiem inaczej - już nigdy do fryzjera nie pójdę! Siostra mnie podcina, a fryzury koleżanki umią robić.

Nie odbieram telefonu, gdy numer nieznany.

Nie pływam i nie mam parcia na naukę pływania.

Nie znam się na grach komputerowych. Nie umiem, nie rozumiem.

Nigdy nie zjem mięsa.

Nie kupuję ubrań w niebieskim kolorze. Wyglądam w nim chorobowo. Co innego z dodatkami.

Nie paliłam nałogowo


---------



sobota, 21 marca 2015

Co zrobić ze starych jeansów?

Jeans. Nie jestem fanką tego materiału. Powiem więcej - nienawidzę go! Wg mnie zabija oryginalność i kreatywizm - jak nie wiesz w co się ubrać to załóż jeansy i jakąś szaro-burą bluze i możesz iść na parapetówkę.



Jest to najbardziej niewygodny materiał jaki nosiłam na dupsku! Solennie obiecuję, że już takich spodni nie kupię. Ten rok będzie pełen sukienek! Będę pokazywac nogi w miniówach i rozciągliwych leginasach, ale nie w tym koszmarnym materiale.



Jeśli chciałabym się wtopić w tłum jeszcze kiedyś - kupię i założę dżinsowe spodnie i biały podkoszulek.



Moje egzemplarze zawsze przecierały się po wewnętrznej stronie ud i zawsze szkoda mi było wszystko wyrzucać... Ale szycia i te paseczki co trzymają pas to fajne są więc czemu mamy je wywalać?


Ponieważ jest to gruby materiał i posiada świetne tylne kieszenie warto je upcycle i zrobić du it jorself ^^



Od razu napiszę Wam, że jeśli nie macie wyjątkowego talentu do szycia to nie bierzcie się za robienie torebki z jeansów - nie wychodzi tak fajnie jak na zdjęciach pinterestu:


Co jeszcze?




Zrób ze starych gaci podstawki pod gorące garnki. Jeśli nie masz maszyny do szycia zorientuj się czy koleżanka z pracy nie śmiga na takowej, a na pewno w okolicach swojego domu znajdziesz krawcową, która się tego podejmie - dofinansujesz małe przedsiębiorstwo, które ledwo wiąże koniec z końcem.



Zrób sobie fartuszek do kuchni oczywiście z kieszonkami na przedzie wykrojonymi ze starych spodni. Rany jak ja uwielbiam robić coś z czegoś :3



Z nogawek spodni wytnij paski długie jak Twoje nogi i obszyj nimi aluminiowe wieszaki (to te cieniutkie, tanie, które pralnie rozdają) - ciuchy nie będą się z nich zsuwać. Te wieszaki lubią brudzić ubrania - zauważysz to na delikatnych bluzkach, które wisiały w szafie przez zimę.

google - no jakie inne źródło może być?


Nogawkę spodni można odciąć na odpowiednią długość, zajebiście obszyć i zapakować w nią szampana lub wino. Do przewiązanej kokardy dołącz otwieracz. Jeśli znasz się na farbowaniu materiałów może zrób na nogawce ombre zanurzając materiał  w wybielaczu?

Wytnij sporo pasków i zrób denimowy pompon lub denim smartphone case!


Jeśli zimą często kupujesz kawę z automatu i plastikowy kubek jest gorący i Cię parzy - uszyj sobie pasujący na kubek ochraniacz, coś jakby kapturek


Dziękuju za uwagę i jak zwykle kończę muzycznie:

sobota, 14 marca 2015

Dane z Uniwersytetu Edynburskiego

Jadąc w poniedziałek do pracy przeczytałam w gazecie Metro o najnowszych danych dot. testowania na zwierzętach. Metro to lokalna, darmowa gazeta, która znajduje się w autobusach. Ukazuje się od poniedziałku do piątku.

Liczby wykazują, że Uniwersytet Edynburski użył do testów w swoich laboratoriach ponad 240,000 zwierząt w ciągu minionego roku (konkretnie 241,865). Owy uniwersytet znajduje się na pierwszym miejscu. w całej Wielkiej Brytanii do testów użyto 4 miliony zwierząt. BUAV podaje, iż 6 uniwersytetów eksperymentowało minionego roku na ponad 1 milionie zwierząt. Te zwierzęta to małpy, owce, króliki, myszy, szczuty, ryby. Za Edynburgiem znajdują się uniwerki w Oxfordzie, College London, Cambridge, King's College London oraz Imperial College London.

W 2013 roku 4,017,758 zwierząt użyto w 4,121,582 eksperymentach (tylko) w UK, 1,8 miliona było użytych w uniwersyteckich laboratoriach. Wyżej wymienione uniwersytety użyły (nie piszę, żę uśmierciły, bo nie wiem czy te zwierzęta żyją po tych eksperymentach) 1,045,925 zwierząt.

Ironicznie owe uniwersytety przodują w poszukiwaniu alternatywnych metod testowania składników. Podczas gdy jeden wydział szuka alternatyw, inny dokarmia zwierzęta mające być użyte w eksperymentach (nie używa się przecież szczurów zgarniętych z wysypiska śmieci).

Szybkie postępy medycyny zawdzięczamy roli zwierząt używanych w naukach biologicznych, medycznych oraz weterynaryjnch - mówi przedstawiciel uniwesrytetu w Edynburgu.

Czyli jeśli ludzie współczesnego świata są chorobliwie otyli na skutek obżarstwa i mają problemy z sercem, nadciśnieniem i żylakami to na pewno przetestuje się dla nich odpowiednie leki na zwierzętach.

W tej samej gazecie następnego dnia pojawiły się opinie czytelników. Przodowały głosy: czas z tym skończyć, biedne zwierzątka i niepotrzebne marnowanie życia. Inne głosy:

Lorna z Fife napisała: żyjemy w świecie, który proponuje naturalną medycynę. Finansujcie ten obszar.

Angry Scientist: czy warto? Byłbym kompletnym debilem, gdybym powiedział: nie. Wolałbyś aby na tobie testowano? Dokładnie.

Louise z Newcastle: jako naukowiec nie cieszę się z używania zwierząt do testów. Ale neo-nazistowskie metody testowania na więźniach są nie do przyjęcia. Może obrońcy praw zwierząt sami się zgłoszą do udziału w eksperymentach?



Jak zawsze temat działający jak przysłowiowa płachta na byka.

Przejdź na weganizm, nie kupuj testowanych na zwierzętach kosmetyków i futer z norek.

----------------------------------------------------

Lilly Wood & The Prick & Robin Schulz - Prayer in C
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...