sobota, 29 listopada 2014

Tydzień w łóżku

Tydzień na chorobowym.

Można się na śmierć zanudzić. Albo odsapnąć od wszystkiego i wszystkich. Wybrałam opcję drugą :)



Odkryty został przez siostrę kanał CloudyApples. Dziewczyna spożywa wegańsko i używa organicznych bajerów nie tylko w kuchni ale i w łazience. Stosuje np olej razem z szamponem - zamiast trzymać smalec na włosach przez całą noc i czuć się jak średniowieczna wieśniaczka z niemytymi przez całe życie kłakami to rozgrzewa olej pod prysznicem, dolewa go do taniego szamponu, myje, spłukuje i gotowe.

Obejrzałam True Detective - fenomenalny serial! Rust jest moim nowym, filozofującym idolem, tropiony killer przeraża mnie równie mocno co Lecter grany przez Hopkinsa. Niesamowity opening, OMG co za piosenka!

Biorąc za wzór przesiew ciuchów w szafie zrobiłam porządki w zakładce z blogami - tych, których nie odpalałam od roku wywaliłam. Szukam nowych, najlepiej o Korei/Japonii, wegańskich wytatuowanych laskach, coś o Edynburgu, zwierzętach, trochę hejtu może być i sarkazmu, dzierganie na drutach. Byle nie o modzie, kosmetykach i jedzeniu, no ileż można?

Czytam Dziewczynę z perłą i obejrzałam film ze Scarlet Johanson - świetne zdjęcia. Uwielbiam malarzy niderlandzkich, Vermeera kocham. Trochę mi kiepsko idzie czytanie książek jesienią. Zmęczyłam chyba trzy lektury... W kolejce czeka Życie Pi i Hyperion, oba po angielsku.

Jesienio- zimą muzyka metalowa smakuje mi jak nigdy. Jest to idealny czas dla zespołów pokroju Opeth lub Anathema, ale zostawiam Was z tym potworkiem:

Sonus Mortis In the River Mist

środa, 19 listopada 2014

Wegańskiego ćwirka na temat zdrowia przemyśleń kilka

Pochorowałam się. Ogólnie jestem okazem zdrowia i urody niemal słowiańskiej, więc kiedy podupadłam w czwartek wieczorem na owym zdrowiu to się załamałam. Bo jako osoba nie cierpiąca nigdy na jakiekolwiek choroby nie wiem jak się trzeba z ciałem obchodzić, gdy odmawia posłuszeństwa. Ale od początku.

Jeśli akurat jesz kanapkę to nie polecam czytać dalej.

W czwartek wróciłam do domu i chciałam coś zjeść. Akurat Daniel przygotował był wcześniej wegetariańskie curry (czasem je robi w dużych ilościach, częstuję się wtedy bez pytania). I tu był bląd!! Zjadłam trochę ryżu z curry i co? Kurczak w nim był... Hmm. Na oko wyglądało, że tylko pieczarki w potrawie pływały. No ok, może nie padnę trupem?
Ale coś mi się zaczęło nie podobać, kurtka na wacie, organizm nie zachowywał się jak powinien. Miałam w nocy okropne wzdęcia, a z rana biegunkę. Myślałam, że to reakcja na mięso, wszak nie jem go od 3 lat. Trwało to parę godzin, pod wieczór tylko kiszki mnie bolały.

A sajgon zaczął się w nocy. I potem w sobotę. I niedzielę. I poniedziałek. Tego dnia zadzwoniłam do lekarza i po dwóch godzinach siedziałam na pryczy, bo 4-dniowa sraczka nie jest normalna, zwłaszcza jeśli już zaczyna być czerwonawa... Brrr. Zostawiłam próbkę dla laboratorium, zrealizowałam receptę na sole mineralne i wróciłam do wyrka. To ponoć infekcja. Osobiście podejrzewałam mięso, siostra wirusa. Wtorek był słaby, ale już ok. Dziś jest środa i miałam nawet siły, żeby mieszkanie trochę ogarnąć i kibel zdezynfekować własnoręcznie.

Babciu, co za życie. Cierpiałam niewyobrażalne katusze.

Czy to możliwe, że tak organizm zareagował na dosłownie 10 łyżek ryżu z curry z kurczakiem? Chyba nie - zwróciłabym raz, a dobrze i po kłopocie. Jeśli to infekcja - to skąd?? Pracuję w rekawiczkach, masce i dłonie myję średnio 15 razy dziennie (często do toalety chodzę, bo duuużo płynów piję). Może to brak reklamowanych kultur bakterii zawartych w jogurcie, którego od wakacji nie jadam? Może po prostu jako weganka coś skrewiłam? To na pewno nie zatrucie pokarmowe, bo współlokatorzy tryskają zdrowiem.

Co tu się qrde stało?_?

Ale nie ma tego złego - teraz, gdy cudownie ozdrowiałam czuję się jak nowo narodzona i powiem nawet szczęśliwa, mam apetyt,  nie boję się wypić trochę wody i zaraz pędzić do łazienki (przybiłabym piątkę człowiekowi, który zaprojektował ten dom, w którym mój pokój jest ulokowany tuż przy łazience, uf!), z wagi 57 kilo w ciągu tych 4 dni spadłam do 55 kilo. Trzeba to uzupełnić. Jeśli jeszcze jakaś infekcja mnie trafi to ją zabiję!

Hozier From Eden

niedziela, 9 listopada 2014

Uzupełniam płyny

Weekend!!!

Nastał czas dłuższego porannego spanka, przegląd 5-dniowego zanidbania yt i blogów, wtarcia oleju lub innego smalcu we włosy oraz drinkowania wody pod wszelką postacią.

U mnie głównie jest to herrrbata. Trochę kawy. W sumie coraz mniej kawy... Jakos mi nie wchodzi, a jesli pomyśle sobie, że wypłukuje mi caly potas pochlaniany z bananowych szejkow oraz suplementowany magnez to mi sie odechciewa jej jeszcze bardziej. Z kawosza nienałogowego stałam się herbaty fanem. Jestem fanem Pukki, mam ich kilka, najlepiej mi wchodzą te z gingerem. Ciekawa jest też firma Teapigs - polecam Morning glory (z fioletowym kogutem na opakowaniu) - okropnie mocna, jedna torebka wystarcza mi na 3 kubki, bo siekier nie przełknę.
Ciekawy produkt ma firma Wilson's. Chodzi o Mulled Cider, czyli przyprawy zapakowane w biodegradowalne woreczki bawełniane, przewiązane sznureczkiem. Na razie odkrywam jak tego używać, bo trzeba woreczek zapaczyć i miksturę wlać do cydru. Składnik grzańca to jest innymi słowy. Zobaczę jak się komponuje z piwem. Inne wersje smakowe należy łączyć z winem lub... a nie pamiętam czym. Kupiłam w sklepie Real Foods
W weekend zawsze budzę się o tej samej godzinie co przez cały tydzień czyli około 6.30. Jest to nawyk pomagający w zasypianiu. Poza tym długie spanie lub leżakowanie ostro daje mi po kościach. Czuję czasem, że wręcz mi niedobrze, gdy wyleguję się do 10. Zamiast śniadania (które w dni wolne od pracy zjadam dopiero, gdy naprawdę zgłodnieję) wypijam przegotowaną wodę - dobra na pobudzenie jelit. Gotuję sobie od razu więcej wody, będzie ze 3 szklanki. Kranówy nie lubię.
Zawsze golnę sobie też szejka o poranku. Ulubiony to: banan, kiwi, jabłko, szpinak plus woda właśnie.
Piwo lubię. Muszę pilnować jego dawkowanie. Jeśli kupię 4-ropak to mogę go w jeden dzień wysiorbać.
Zbyt mało zup, niestety. Powinnam je częściej gotować. Są mega szybkie w wykonaniu. Uwielbiam zwlaszcza te gęste, kremowe. Muszę przejrzeć blogi wegańskie i coś dziś sobie w garnku wyczarować :) może dynię nareszcie do tego celu kupię? Raz w życiu jadłam dynię. Tak sobie smakowała, boję się kolejnej, kulinarnej porażki. . .
Lapacho kiedyś piłam, ale zaparzanie zajmuje dużo czasu i nie smakowało mi kompletnie.
Ziola np mieta, sporadycznie pokrzywa są ok, ale piję je dlatego, że ,gdzieś kiedyś przeczytałam, że to zdrowe'. Fajna byłaby zasuszona pokrzywa do picia, a jesli ktos sie zaopatrzyl to gratuluje. Dopiero co zerwana smakuje inaczej niż ta z torebki.
Uwazajcie z cytryna - nie powinno sie ja wkrapiac do wrzatku. To ją zabija. płyn musi być ostudzony, w innym razie witaminka nie zadziała.

Nie ma jednak napoju nad herbatę :)




A propo picia herrrbaty. Jeśli lubicie ją sączyć podczas lektury to polecam Wam powieść Johna Greena Gwiazd naszych wina. Oooo, utopiłam się w tej książce! Czytam teraz dużo po angielsku i pomimo, że mam za sobą wiele lat nauki tego języka i od pół roku przebywam w krainie, w której jest obowiązujący, to dalej mam problem z rozumieniem wielu słówek, a co za tym idzie cały kontekst zdania pozostaje dla mnie zagadką. Ale wzruszyłam się. Jest to jedna z inteligentniejszych powieści. Autora kojarzyć będziecie z kanału vlogbrothers, ale ja go wolę w wydaniu CrashCourse

Główna bohaterka jest wegetarianką :3 To milutko

Arkona Slavsia Rus

sobota, 1 listopada 2014

LinKable

Założę się, że po halołinowej imprezie oddajecie się relaksacji i nawilżaniu ciała herbatką w zimne popołudnie. Najpewniej podpięci jesteście do komputerka. Jeśli już zrobiliście przegląd blogów i na fejsie skomentowaliście wypaśne outfity znajomych z wczorajszych, przerażających krotochwil to zerknijcie na kilka linków prozwierzęcych:

20 nietypowych umaszczeń zwierząt - mam jednak słabość do krów. Czyż one nie są kochane? To chyba moje ulubione zwierzę, zaraz po kocie. Brakuje tu Adolfa Kitlera, czyli kotka z najbardziej znanym wąsem.

22 milutkie zdjęcia zwierzów w dwóch wersjach - za maleńkości i w wieku dorosłym. Wszystkie w tym samym miejscu, często z właścicielami.

Kocie niebo w Japonii - rybacka wyspa, na której jest z miliard kotów :)

Adoptuj słonia - stronę zapodała u siebie kiedyś Mad Tea Party. Osobiście wolę inwestować w nasze własne podwórko, ale jeśli ktoś ma ochotę zostać mamą słonika-sierotki :)

Animalus - blog chłopaka, którego pasją są dzikie koty. Pracował w łódzkim zoo i możecie u niego przeczytać co to za cyrk.

I fucking love sience - 6 zwierzat po raz pierwszy na wolności. Filmiki.

Dziki, czarny kocurek cieszy się na widok swojej opiekunki

Apodtuj śnieżną panterę (lub inne zwierzę)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...