niedziela, 28 grudnia 2014

PODSUMOWANIE 2014

Może by tak małe, szkockie podsumowanko roku? Bo lada chwila sylwester i będę leżała pod czyimś stołem...

Styczeń - depresja spowodowana 30tką jaka mi stuknęła i kilku miesięcznym bezrobociem. Nic mnie w życiu już nie czeka, nikt mnie nie kocha, kot na mnie fuczy. To samo w lutym.

Marzec - decyzja o kolejnym wyjeździe za granicę, do siostry. Tym razem Szkocja. Pracę dostałam dosłownie w ciągu 3 dni od przybycia. Byłam w szoku, który trwa do dzisiaj.

Kwiecień - mój angielski jest badziewny. 20 lat nauki tego języka w Pl i tak kuleję? To jest nie do pomyślenia!

Maj - wakacje w domu i lekkie załamanie nerwowe spowodowane tęsknotą za krajem.

Czerwiec - rozdwojenie jaźni, bo uwielbiam Szkocję, ale Polskę kocham i chciałabym być w dwóch miejscach na raz :) a w każdy weekend w jakimś trzecim mieście tudzież kraju.

Lipiec - przeszłam na weganizm, któremu byłam szczerze wierna przez chyba cztery miesiące.

Sierpień - absolutny faworyt w roku. Najlepszy czas na wakacje w Edynburgu, ponieważ przez miesiąc trwa tu festiwal - spektakle teatralne za grosze, całonocne imprezy, uliczni muzycy, naaaawet słoneczna pogoda i fajerwerki na koniec. Jest co robić. Byłam na Draculi w manierze steampunk oraz Curing room, w którym aktorzy byli całkowicie nadzy - ten spektakl chyba dalej można oglądać w Londynie. Muszę więcej do teatru chodzić...

Wrzesień - przeprowadzka do nowego mieszkania. Lubię zmiany.

Październik - długie wakacje w Polsce.

Listopad - po jakiejś dziadowskiej infekcji zaczęłam jeść jajka - pozwoliły mi wrócić do jako takiego składu i ładu. Czegoś takiego jeszcze w życiu nie przeszłam. Byłam rozmemłana jakby ktoś szpik ze mnie wyssał.

Grudzień - 31wsze urodziny. Ok, jakoś będę z faktem, że czas płynie żyła ;)

Rok udany! Mój angielski jest czały czas in progres. Nie odłożyłam nic kasy, ale mamy teraz z siostrą plan podróży do Sztokholmu to będę miała motywację, żeby funtami nie szastać. No i Tokio


Tokiooo - zbieram pieniądze na to miasto chyba już siódmy rok. Mam już na koncie 5 zł :/ Trzeba jakoś do tej liczby kilka zer dodać.

Edynburg - moja nowe miasto jest fenomenalne - mam tu morze i górę, Jest staro, wiktoriańsko, często pada deszcz, ale nie przeszkadza mi to jakoś dramatycznie, ponieważ słoneczne i parne krainy to ostatnie miejsca w jakich chciałabym się znaleźć. A tak przy okazji to fajna strona o miastach świata jest - spotted by locals - jeśli wybieracie się gdzieś to zerknijcie co miejscowi mogą Wam polecić :) akurat jeden facet piszący o Edynburgu jest wege to wiele postów jest o jego diecie, a konkretnie o miejscach w jakich się stołuje.

Zaczęłam chodzić do collegu. Muszę się doszkolić, jest to związane z pracą, nie chciałam wracać do budy, nie lubię siędzieć w ławce. Nie lubię egzaminów, testów, sprawdzianów wiedzy. To co mam w głowie jest moje, nikt nie musi tego oceniać.

Pod koniec roku poległam na weganiźnie. Powiem szczerze, że denerwuje mnie pewnego rodzaju wykluczenie z towarzystwa. Całe to organizowanie sobie żarcia na imprezy, niepwność czy w restauracji na pewno kumają o co mi chodzi, że mleko tak ale sojowe (szefom kuchni muszę ufać na słowo honoru). Denerwuje mnie to. Weganizm jest drogi, a moje posiłki dosyć monotematyczne :/

Niech w nowym roku powietrze będzie nieco czystsze i niech mi się wzrok nie pogarsza.

-----------------------------------------------
Swedish House Mafia - Save the world

sobota, 27 grudnia 2014

Vegetarian shoes

Co roku robię sobie sama prezent. W 2014 zostałam nimi obsypana, ale jak zwykle sama wiem najlepiej co mi potrzeba, więc oto je mam:


Vegetarian shoes!!!

Marzyły mi się chyba od 3 lat, odkąd po raz pierwszy o nich przeczytałam. Ale ponieważ moje zachciewajki są niestabilne umysłowo (kilka razy kupiłam pod wpływem impulsu, prawie zawsze były to inwestycje nietrafione) to postanowiłam poczekać. W międzyczasie rozglądałam się za butami typu combat. A ponieważ prawdziwa skóra mnie zniechęca do czegokolwiek to na przymierzaniu sklepowym się kończyło. Z kolei sklepy w rodzaju: wszystko u nas jest ceratą zaczęły mnie denerwować - trwałość jest jednak do luftu.

Kupowaniu internetowemu już się nie sprzeciwiam całkowicie. Jest jednak ogromne ALE - nie przymierzysz. Stopa mi już nie rośnie, od wielu lat w sklepach stacjonarnych wybieram rozmiar 38, więc do dzieła! Odpaliłam stronę Vegetarian shoes i szukam kombatów. Wyglądają jak małe glany - zgrabne i nie tak ciężkie. Za moje zapłaciłam (łącznie z przesyłką) jakieś 85 funtów, przyszły chyba po 3 dniach, dosłownie u progu świąt. Akurat lepiłam pierogi gdy kurier zapukał - buty zapakowane były w eko pudełko w kartonu z logiem sklepu. Logo jest również na jęzorach. Nie mają sztucznego futerka w środku. Założyłam je i lepiłam dalej. Wege laska w wege butach lepi wege żarcie ;)

Moje nowe bejbis przeszły się już ze mną po sklepach - są wygodne i nie obcierają. Stukają jak obcasy co mnie denerwuje. W Edynburgu pogoda teraz minusowa, więc od razu mogę powiedzieć, że buty nie są ciepłe. Ale też nie zmarzam w nich, bo mają konkretną podeszwę. Stopy mam zimne zawsze. Tak więc jeśli o mnie chodzi to zimą zawsze rajty, ciepłe skarpety i lepsze buty na grubym spodzie. Mam nadzieję, że nowy zakup będzie mi służył równie dobrze co glany z prawdziwej skóry, które mam już od ponad 10 lat i - sądząc po ich stanie - będą mi służyły jeszcze wiele dekad. Za kilka lat napiszę Wam jak wegetariańska skóra się rozłazi i czy warto inwestować :)

Nie wiem czy ta strona wysyła za granicę. Nawet jeśli nie to w Polsce znajdziecie na pewno nie jeden sklep z takimi butami.

Tristania - My lost Lenore

niedziela, 21 grudnia 2014

Mel by Melissa

Alternatywne dla skórzanych butów, gumowe, brazylijskie Meliski to mój hit roku 2014! :D
Mam dwie pary tych gumisiów i jest to świetna opcja na lato i deszcz. Warto warto warto zainwestować drogie Panie, ponieważ:

Klapeczki z czarnym serduszkiem kupiłam sobie w promocji za 30 zł w sklepie internetowym, którego nazwy już nie pamiętam. O dziwo trafiłam z rozmiarem. Potem w Edynburgu przypadkowo spotkałam różowe baleriny z czerwonym serduszkiem w charity shopie (ale fuks!), które również pasowały. Były tylko za 5 funtów. I są teraz w mojej szafie :)

Muszę przyznać, że faktycznie są super! Noszą się po królewsku. Są nieprawdopodobnie słodkie, wygodne i zwracają uwagę. Ich design przypomina mi mufinkę albo białego króliczka - paszczka Ci się uśmiecha, gdy je widzisz (^^)

Pachną milutko i leżą jak ulał. Klapeczki mają delikatną podeszwę, wydaje mi się, że będę odczuwać każdy nadepnięty kamyczek. Są raczej na basen niż na wypad w miasto. Natomiast baleriny zabrałam na wesele i przetańczyłam w nich kilka godzin - po odciskach ni śladu. Tutaj bardziej bolała mnie kostka, bo jakiś laluś mnie w nią niechcący kopną.

Słynny zapach nie jest jak guma balonowa wg mnie to raczej...no plastik. Nie jest to jednak ten nieszczęsny chiński plastik- fantastik. Z czasem zanika, ale nie kompletnie.

Buty robione są z Mel-Fleksu czyli opatentowanej gumy, która ulega biodegradacji, a także produkowane są ze szczególnym uwzględnieniem dotyczącym dbania o środowisko. No niech już i tak będzie, ale raczej trudno mi w to uwierzyć.
Są hypoalergiczne - powiem szczerze, iż pierwszy raz słyszę o tego rodzaju obuwniczej wersji :)

O podróbkach i cenach opowie Wam szerzej ich wierna fanka Kokosowa Tęcza.

pinterest.com

Tyr The lady of our love

piątek, 12 grudnia 2014

WEGAŃSKIE PREZENTY

Przyznam, że prezenty kupuję cały rok. Leżą sobie kilka miesięcy i czekają na moment przekazania w powołane ręce. Uwielbiam święta. 

Nikt z moich znajomych nie jest wege. Co by im kupić? Np dla mamy albo koleżanek jarających się kosmetykami coby pokazać im, że weganin też człowiek i swój przedział w sklepie też znajdzie?

A co jeśli jesteście mięsożerki i chcecie zaimponować komuś kto wyznaje weganizm?

Z góry powiem, że kupienie skórzanego portfela albo wydziergany sweterek 100% wełna to strzał w kolano i i wbicie kilofa w udo. Może być gorąco. To tak na marginesie.
Ale też odniosę się do wegan - jesli dostaniecie kosmetyk, który kupiony był z myślą o Was, a jednak jest to firma, która się sprzedaje w Chinach i nigdy w życiu byście tego nie kupili to... darujcie i nie wypominajcie tego podczas rozpakowywania. Bo intencje były dobre, a nie każdy zna listę kosmetyków cf na pamięć i jest frikiem jak Wy :3 i ja



Z literatury można zainwestować w książkę Skinny Bitch, ale jest to pozycja, którą raczej każdy weganin zna. Fajnie na półce wyglądają również książki o wegańskich wypiekach. Wiem, że można sobie przepis na blogu znaleźć, ale jakoś w kuchni wolę mieć coś co sobie przekartkuję. Poza tym literatura dostarcza inspiracji. Jeśli siadam przed monitorem celem znalezienia jakiegoś przepisu to nagle mam w głowie pustkę i nie wiem czego chcę. A w książce są obrazki :)

Wegańskie kosmetyki nie tylko kolorowe. Celujcie w firmy ze znaczkiem Vegan (ze stokrotką) ewentualnie BUAV. Jeśli weganin dostanie zestaw kremików od loreala to nastąpi dramat. Zwłaszcza jeśli kremiki są przeciwzmarszczkowe ;) ja bym skakała z radości na widok loga: Benecos, Diptyque, Zoeva. Lista kosmetyków oraz linki do stron cruelty-free widnieją w zakładce MOJA LISTA (VEGAŃSKA)

Świece z wosku sojowego - chciałabym bardzo coś takiego dostać! Robi takie m.in. Pacifica albo Marsylska Orientalna. 

Istnieją wegańskie wina. Są organiczne i z logiem Fair Trade. Mają fajne etykiety. Wódka jest wegańska, uważajcie z piwem - może być z miodem. Nawet jeśli weganin nie pije to alkohol może stać sobie potem w barku i czekać na wizytę u lubiących alko znajomych.



Jeśli ziomek mający zostać obdarowany cierpi na chroniczne zamarzanie to kupcie mu podgrzewany kocyk (genialny jest!) lub podgrzewacz do kawki na usb (to raczej dla osób, które w kawiarni sączą jedną kawkę przez godzinę zatapiając się w odmętach przytarganego ze sobą i odpalonego laptopika). 

Każdy weganin ucieszy się z blendera. Może być Amazing Bullet - mały, poręczny, posiada zakrętkę więc zmiksowanemu rano szejkeru wystarczy zmienić okrycie wierzchnie i w drogę.

Fajnym sprzętem może być specjalna chłodziara do robienia lodów (mleka sojowego roślinnego, jakżeby inaczej?). Ale to raczej pozycja dla kuchennych gadżeciar, posiadających w mieszkaniu miejsca na tyle, że można kilka kroków zrobić wzdłuż i wszerz... Arcyproste i szybkie w wykonaniu są lody i Sorbety z tą machiną. Kilka minut. 


zdjecia: tempting-juicy-riot.soup.io

--------------------
Angels in heaven

środa, 10 grudnia 2014

Henna z piekła rodem


Było mi dobrze z Khadi. Ale zachciało mi się nowości jak zwykle.


Zachciało mi sie zmian to mam. A raczej nic nie mam. Nie mam na ten przykład 8 funtów, które wydałam w sklepie Real Foods na Henne Natur. Proszek rozwodniłam w sobotę, odstawiłam pod folią i w niedzielę farbowanko. Proste. Pasta przypomina fusy z kawy: grube i czarne, źle zmielone. W konsekwencji nakładanie było uciążliwe :( Syf taki niech go porwą sabaki. Włosy owinęłam w reklamówkę foliową. W mieszkaniu jest ciepło to darowałam sobie turban z ręcznika. Wytrzymałam około 3 godziny. Włosów nie myłam przez dwa dni, żeby zioła się uaktywniły, weszły we włosa i bo tak internety podpowiadają.

Rozczesanie moich piór zajęło mi chyba dobę... Miałam je poplątane jak po młynku na koncercie Behemotha. Istne piekło. Ta henna jest totalnie i absolutnie nie dla mnie. Osobiście zawsze zapominam o dodaniu odżywki do henny - jeśli kupicie Henne Natur to pomyślcie o takiej wariacji.


Legendarne bajorko brejowatości po farbowaniu henną. W tym przypadku było naprawdę masakrycznie. Maź kapła nawet na papier toaletowy, że o podłodze nie wspomnę.

Efekt natomiast jest nijaki - włosy są mysiowate u nasady, czerwone na końcach, nawet po trzech dniach po farbowaniu. No klęska. Zupełnie mnie ta henna rozwaliła. Nie kupować! Uciekać!

----

Vintersorg Svaltvinter

sobota, 29 listopada 2014

Tydzień w łóżku

Tydzień na chorobowym.

Można się na śmierć zanudzić. Albo odsapnąć od wszystkiego i wszystkich. Wybrałam opcję drugą :)



Odkryty został przez siostrę kanał CloudyApples. Dziewczyna spożywa wegańsko i używa organicznych bajerów nie tylko w kuchni ale i w łazience. Stosuje np olej razem z szamponem - zamiast trzymać smalec na włosach przez całą noc i czuć się jak średniowieczna wieśniaczka z niemytymi przez całe życie kłakami to rozgrzewa olej pod prysznicem, dolewa go do taniego szamponu, myje, spłukuje i gotowe.

Obejrzałam True Detective - fenomenalny serial! Rust jest moim nowym, filozofującym idolem, tropiony killer przeraża mnie równie mocno co Lecter grany przez Hopkinsa. Niesamowity opening, OMG co za piosenka!

Biorąc za wzór przesiew ciuchów w szafie zrobiłam porządki w zakładce z blogami - tych, których nie odpalałam od roku wywaliłam. Szukam nowych, najlepiej o Korei/Japonii, wegańskich wytatuowanych laskach, coś o Edynburgu, zwierzętach, trochę hejtu może być i sarkazmu, dzierganie na drutach. Byle nie o modzie, kosmetykach i jedzeniu, no ileż można?

Czytam Dziewczynę z perłą i obejrzałam film ze Scarlet Johanson - świetne zdjęcia. Uwielbiam malarzy niderlandzkich, Vermeera kocham. Trochę mi kiepsko idzie czytanie książek jesienią. Zmęczyłam chyba trzy lektury... W kolejce czeka Życie Pi i Hyperion, oba po angielsku.

Jesienio- zimą muzyka metalowa smakuje mi jak nigdy. Jest to idealny czas dla zespołów pokroju Opeth lub Anathema, ale zostawiam Was z tym potworkiem:

Sonus Mortis In the River Mist

środa, 19 listopada 2014

Wegańskiego ćwirka na temat zdrowia przemyśleń kilka

Pochorowałam się. Ogólnie jestem okazem zdrowia i urody niemal słowiańskiej, więc kiedy podupadłam w czwartek wieczorem na owym zdrowiu to się załamałam. Bo jako osoba nie cierpiąca nigdy na jakiekolwiek choroby nie wiem jak się trzeba z ciałem obchodzić, gdy odmawia posłuszeństwa. Ale od początku.

Jeśli akurat jesz kanapkę to nie polecam czytać dalej.

W czwartek wróciłam do domu i chciałam coś zjeść. Akurat Daniel przygotował był wcześniej wegetariańskie curry (czasem je robi w dużych ilościach, częstuję się wtedy bez pytania). I tu był bląd!! Zjadłam trochę ryżu z curry i co? Kurczak w nim był... Hmm. Na oko wyglądało, że tylko pieczarki w potrawie pływały. No ok, może nie padnę trupem?
Ale coś mi się zaczęło nie podobać, kurtka na wacie, organizm nie zachowywał się jak powinien. Miałam w nocy okropne wzdęcia, a z rana biegunkę. Myślałam, że to reakcja na mięso, wszak nie jem go od 3 lat. Trwało to parę godzin, pod wieczór tylko kiszki mnie bolały.

A sajgon zaczął się w nocy. I potem w sobotę. I niedzielę. I poniedziałek. Tego dnia zadzwoniłam do lekarza i po dwóch godzinach siedziałam na pryczy, bo 4-dniowa sraczka nie jest normalna, zwłaszcza jeśli już zaczyna być czerwonawa... Brrr. Zostawiłam próbkę dla laboratorium, zrealizowałam receptę na sole mineralne i wróciłam do wyrka. To ponoć infekcja. Osobiście podejrzewałam mięso, siostra wirusa. Wtorek był słaby, ale już ok. Dziś jest środa i miałam nawet siły, żeby mieszkanie trochę ogarnąć i kibel zdezynfekować własnoręcznie.

Babciu, co za życie. Cierpiałam niewyobrażalne katusze.

Czy to możliwe, że tak organizm zareagował na dosłownie 10 łyżek ryżu z curry z kurczakiem? Chyba nie - zwróciłabym raz, a dobrze i po kłopocie. Jeśli to infekcja - to skąd?? Pracuję w rekawiczkach, masce i dłonie myję średnio 15 razy dziennie (często do toalety chodzę, bo duuużo płynów piję). Może to brak reklamowanych kultur bakterii zawartych w jogurcie, którego od wakacji nie jadam? Może po prostu jako weganka coś skrewiłam? To na pewno nie zatrucie pokarmowe, bo współlokatorzy tryskają zdrowiem.

Co tu się qrde stało?_?

Ale nie ma tego złego - teraz, gdy cudownie ozdrowiałam czuję się jak nowo narodzona i powiem nawet szczęśliwa, mam apetyt,  nie boję się wypić trochę wody i zaraz pędzić do łazienki (przybiłabym piątkę człowiekowi, który zaprojektował ten dom, w którym mój pokój jest ulokowany tuż przy łazience, uf!), z wagi 57 kilo w ciągu tych 4 dni spadłam do 55 kilo. Trzeba to uzupełnić. Jeśli jeszcze jakaś infekcja mnie trafi to ją zabiję!

Hozier From Eden

niedziela, 9 listopada 2014

UZUPEŁNIAM PŁYNY

Weekend!!!

Nastał czas dłuższego porannego spanka, przegląd 5-dniowego zanidbania yt i blogów, wtarcia oleju lub innego smalcu we włosy oraz drinkowania wody pod wszelką postacią.

U mnie głównie jest to herrrbata. Trochę kawy. W sumie coraz mniej kawy... Jakoś mi nie wchodzi, a jesli pomyśle sobie, że wypłukuje mi caly potas pochlaniany z bananowych szejkow oraz suplementowany magnez to mi sie odechciewa jej jeszcze bardziej. Z kawosza nienałogowego stałam się herbaty fanem. Jestem fanem Pukki, mam ich kilka, najlepiej mi wchodzą te z gingerem. Ciekawa jest też firma Teapigs - polecam Morning glory (z fioletowym kogutem na opakowaniu) - okropnie mocna, jedna torebka wystarcza mi na 3 kubki, bo siekier nie przełknę.

W weekend zawsze budzę się o tej samej godzinie co przez cały tydzień czyli około 6.30. Jest to mój nawyk pomagający w zasypianiu. Poza tym długie spanie lub leżakowanie ostro daje mi po kościach. Czuję czasem, że wręcz mi niedobrze, gdy wyleguję się do 10. Zamiast śniadania (które w dni wolne od pracy zjadam dopiero, gdy naprawdę zgłodnieję) wypijam przegotowaną wodę - dobra na pobudzenie jelit. Gotuję sobie od razu więcej wody, będzie ze 3 szklanki. Kranówy nie pijam.
Zawsze golnę sobie też szejka o poranku. Ulubiony to: banan, kiwi, jabłko, szpinak plus przegotowana woda właśnie.
Piwo lubię. Muszę pilnować jego dawkowanie. Jeśli kupię 4-ropak to mogę go w jeden dzień wysiorbać.
Zbyt mało zup, niestety. Powinnam je częściej gotować. Uwielbiam zwłaszcza te gęste, kremowe. Muszę przejrzeć blogi wegańskie i coś dziś sobie w garnku wyczarować :) może dynię nareszcie do tego celu kupię? Raz w życiu jadłam danie z dyni. Tak sobie smakowało, boję się kolejnej, kulinarnej porażki. . .

Nie ma jednak napoju nad herbatę :)




A propo picia herrrbaty. Jeśli lubicie ją sączyć podczas lektury to polecam Wam powieść Johna Greena The fault in our stars. Utopiłam się w tej książce! Czytam teraz dużo po angielsku i pomimo, że mam za sobą wiele lat nauki tego języka i od pół roku przebywam w krainie, w której jest obowiązujący, to dalej mam problem z rozumieniem wielu słówek, a co za tym idzie cały kontekst zdania pozostaje dla mnie zagadką. Ale wzruszyłam się. Jest to jedna z inteligentniejszych powieści. Autora kojarzyć będziecie z kanału vlogbrothers, ale ja go wolę w wydaniu CrashCourse

Główna bohaterka jest wegetarianką :3 To milutko

------------------------
Arkona Slavsia Rus

sobota, 1 listopada 2014

LinKable

Założę się, że po halołinowej imprezie oddajecie się relaksacji i nawilżaniu ciała herbatką w zimne popołudnie. Najpewniej podpięci jesteście do komputerka. Jeśli już zrobiliście przegląd blogów i na fejsie skomentowaliście wypaśne outfity znajomych z wczorajszych, przerażających krotochwil to zerknijcie na kilka linków prozwierzęcych:

20 nietypowych umaszczeń zwierząt - mam jednak słabość do krów. Czyż one nie są kochane? To chyba moje ulubione zwierzę, zaraz po kocie. Brakuje tu Adolfa Kitlera, czyli kotka z najbardziej znanym wąsem.

22 milutkie zdjęcia zwierzów w dwóch wersjach - za maleńkości i w wieku dorosłym. Wszystkie w tym samym miejscu, często z właścicielami.

Kocie niebo w Japonii - rybacka wyspa, na której jest z miliard kotów :)

Adoptuj słonia - stronę zapodała u siebie kiedyś Mad Tea Party. Osobiście wolę inwestować w nasze własne podwórko, ale jeśli ktoś ma ochotę zostać mamą słonika-sierotki :)

Animalus - blog chłopaka, którego pasją są dzikie koty. Pracował w łódzkim zoo i możecie u niego przeczytać co to za cyrk.

I fucking love sience - 6 zwierzat po raz pierwszy na wolności. Filmiki.

Dziki, czarny kocurek cieszy się na widok swojej opiekunki

Apodtuj śnieżną panterę (lub inne zwierzę)

czwartek, 30 października 2014

WeseLicho z wegańskim gościem

Siostra mi się hajtnęła była. Z tej okazji powróciłam na ojczyzny łono na dwa tygodnie, o których zdecydowanie mogę powiedzieć, że wegańskie nie były. Przyznaję, że ciężko mi organizować sobie tu posiłki. Na weganizm przeszłam w Edynburgu. Wiem, gdzie tam się zaopatrzę w odpowiednie produkty, jakie są ceny, mam sprzęt do miksowania itede. Nagle znalazłam się i poczułam jak w komunistycznym kraju: na pułce ocet, a towar w Pewexie drogi jak gwiazdka z nieba. Trochę byłam tym faktem zestresowana. Cały czas byłam w odwiedzinach u znajomych, którzy nie za bardzo wiedzieli czym mi kanapkę posmarować; gdzieś tam lazłam, a gdy wracałam zmęczona do domu to w lodówce ser i pomidory :/

Ślub jak ślub, Panna Młoda powiedziała ,tak!', więc obyło się bez sensacji. Swoją drogą - dałabym sie pokroić za zaproszenie na ekstrawagancki ślub i wesele.

Sensacją byłam ja - weganka. Co to za straszne czasy, żeby na ślubie paszteta nie skosztować?

Muszę powiedzieć, że jako gość specjalnej (bez)troski potraktowana zostałam po królewsku - jedzenie było pyszne! Siedziałam przy stole w ten sposób, że to ja jako pierwsza dostawałam talerz pełen jadła. Na moje pytanie:
- Czy to wegańskie? - kelnerzy i kelnerki cichutko zabierali talerz ze słowami:
- Oh, to PANI, zaraz przyniosę.

Oczywiście o fakcie, że jestem weganką poinformowałam siostrę odpowiednio wcześnie - w lokalu, gdzie odbyło się wesele mieli czas, żeby postudiować blogi kulinarne :) Nie robiłam zdjęć, bo nie mam aparatu i nawet jakoś o tym nie pomyslałam. Cusz...

Dostałam talerz zupy-krem z dyni (tak mi się wydaje, to mogła być cukinia z marchewką, albo jeszcze jakiś kulinarny cud) z migdałami. O jeżu mój kochany - niebo w gębie! Podczas zupy mój 11-letni brat wypytywał mnie co to i zaciekawiony zapytał mnie co to jest weganizm. Wytłumaczyłam malcowi i pytam się go czy uważa, że to dziwne, żeby nie jeść mięsa. Ale dla tego szczeniaczka, wychowanego w domu żołnierza, starszego rodzeństwa, które słucha black metalu, muzykującego brata i siostry, która w łazience robi mały zakład fryzjerski, nie ma rzeczy dziwnych.

Na stole oczywiście sporo było owocków i sałatek warzywnych bez śmietany, niektóre miały ser feta. Kolejnym daniem były dla mnie dwa szaszłyki z pieczarek, ogóra, cebuli i cukinii. Trochę ziemniaczków. Podejrzewam, że miały w sobie masełko. Do tego buraczki i marchewki sobie nałożyłam. Głód jest najepszą z przypraw - zawsze jem do ostatniego okruszka.

Ostatnim daniem był spory talerz ryżu z jakimś sosem chyba. Ale byłam pijana. Pamiętam, że pochłaniałam sobie ryż w tym sosie aż mi się uszy trzęsły. Takie nic, ale zawsze coś.

Z niewegańskich rzeczy zjadłam krokiety z kapustą i barszcz czerwony z połówką jajka, które wyłowiłam z majonezu. Była 3 nad ranem i ostatnią rzeczą na jaką wszyscy w kuchni (łącznie ze mną) mieliby ochotę to gotować coś bez jaj, śmietany i wędliny. Nie jestem osobą, która zrobi scenę, bo zupa jest za słona.

No, ale para młoda zapłaciła za lokal mniej niż się spodziewała. Śmialiśmy się, że to dlatego, iż mięsa nie jem. Inaczej by dopłacili :p bo jem sporo.

Żart mojego brata, po którym o mało z krzesła nie spadłam ze śmiechu. Wiem, że jest głupi, ale Młodszy zna moje perypetie z niedowagą i chęcią przytycia więc:

- Jedz dużo trawy. Będziesz jak krowa! :D



Pochwalę się recznie szytym, militarnym płaszczem. 
Jest tak wyjątkowy, że aż mnie boli, gdy wisi w szafie 
prawie nie noszony. 
Wkomponowałam się w nastroj: Pan Młody jest żołnierzem :)

The Devin Townsend Band - "Vampira"

wtorek, 21 października 2014

CRAZY RUMORS

Przesuszenia jesienno - zimowego ciąg dalszy. Mam suche skórki wokół paznokci, suche końcówki włosów, sucho w ustach i na wargach, susza w relacjach damsko - męskich. Posucha jednym słowem. 

Akurat nie jestem fanką pomadek ochronnych: kosztują krocie, a wazelina za 2 złote też jest dobra, więc po co przepłacać? CRAZY RUMORS kupiłam, bo:

- zamknięte są w uroczych, małych sztyftach,
- są 100 % wegańskie, 
- same organiczne składniki,
- gama smakowa jest spora, ma się ochotę mieć je wszystkie na raz czyli smak mięty, coca coli, jagodową, kawową, ciasteczkową itede. Wybór jest duuuży.

Mam Apple Spice i smakuje jak cynamon. Amaretto jest z kawowej linii i jest ok, moim ulubionym jest natomiast Orange Juice

Zgrabne opakowanko, 4.4 ml, szczelny i solidny kapturek, niemożliwy do ściągnięcia, gdy mamy wykremowane dłonie. Skład każdej pomadki jest taki sam.


Unisex - dla chłopaka i dziewczyny, pomadki nie barwią warg. Zawierają olej sojowy, a wiem, że ma on wiele antyfanek, w tym mnie.


--------------------------

środa, 15 października 2014

Przesuszenie zimowe

Zimą odczuwam upływ czasu. Raz, że mam urodziny w grudniu, dwa, że wiosna/lato, gdy kwiecie pachnie, jest za nami. No i jesień też robi swoje - pomarszczone liscie, te sprawy...

Zawsze mam pod koniec roku przesuszoną skórę. Często twarz ściągniętą, wieczorem, po demakijażu mam ochotę wklepać w siebie ze dwa słoiczki kremu. Ale znam fajniejszy sposób, o którym przeczytałam u Karminowych Ust: najpierw trzeba zwilżyć twarz hydrolatem i gdy się jeszcze świeci od owej wody trzeba wklepać nieco olejku. Lub owego kremu (napewno jakieś olejki zawiera). Innymi słowy co tam akuratnie mamy. Aktualnie wykańczam olej tamanu, jak mam dość jego zapachu to olej kokosowy (obecny w każdej szafce dziewczyny, która umie obslugiwać youtube i blogosferę).

Zamiast hydrolatu wklepuję w twarz Breath of Fresh Air niezrównanego Lush'a (ta firma ssie moje pieniądze, jak to duże dziecko swoją matkę w Grze o Tron). Bardzo fajny tonik, tak na marginesie. Przeważnie mam chłodek w pokoju i Breath ... jest cały czas zimny. Psikam sobie 3X na dłoń zaraz po wstaniu z łóżka i oklepuję twarz - obudza.

Cały czas lubię do kremów dodawać kilka kropek olejku lawendowego - super sprawa na syfki i uspokojenie.

Świetna jest też głodówka dla skóry, czyli jeden dzień w tygodniu zostawienie cery samej sobie. Olać wszelkie olejki, paciacze, makijaż i płyny. Niech cera pooddycha dla świętego spokoju.



Na polskie wesele idę niedługo to opowiem Wam o przygodach weganki na takiej imprezie :)


niedziela, 12 października 2014

...

Cześć!

Co u Was słychać, Piecuchy?

Odkąd jestem na weganizmie przeważnie bywam głodna, ale jednocześnie czuję że mogę osiągnąć Wszystko. Mam wrażenie, że czeka mnie jeszcze coś niebywałego. Że mogę nakręcić film który dostanie oscara, pędzący pociąg mogę przyjąć na klatę, albo nauczyć się Pana Tadeusza na pamięć. Ale na pewno nie pobiegnę w maratonie. O rany - jestem antysportowa. Nienawidzę biegać. To jest nuuudne - myslalam na poczatku.

Dalej tak jest - nie lubię sportu. I lubie jednocześnie. Czasem mam przebłyski aktywnie spędzonego czasu. Ale to raz na miesiąc. W piątek po pracy padałam na paszczkę, a jednak wbiłam się w ,kostium' i pomimo ziąbu ruszyłam truchcikiem dookoła bloku :) Zawsze coś.

Nareszcie nadeszła wyczekiwana przeze mnie jesień. Jestem piecuchem, uwielbiam jak jest zimno, bo mam wtedy cudowny pretekst do zostania w domu zamiast wychodzenia:
- Chcesz mnie na kawę w ten ziąb wyciągnąć? Oszalałaś Kochaniutka??

Chyba lubię okołozimowy okres ponieważ nigdy nie choruję. Może i wyglądam jak wieszak, ale gdyby moja odporność miała się spersonifikowac wyglądałaby jak Szwarceneger z kałaszem - zabija zarazki na śmierć.

Chciałam sobie popisać. Pijcie dużo herbatki :)

,Winter is coming'


Trivium Down from the sky

sobota, 4 października 2014

Różo, tyś chora...

Oswajam jesień. Jest jesień, jest dobrze, bo herbatka wchodzi jak wino. Kupiłam sobie jeden egzemplarz herbat Yogi Tea (spotkacie w eko sklepach). Jest to firma produkująca organiczne zielska do picia. Są drogie, bo za pudełko zapłacicie plus minus 15 zł i chę Was przestrzec przed różaną wersją: okropna herbata. Rozczarowująca fanów kwiatu róży. To raczej zmielone łodygi i kolce niż płatki. Jeśli sięgam po herbatę to liczę na relaks, uspokojenie umysłu, połączenie się w wszechświatem. A gdy piję różaną Yogi to po każdym wypitym łyku wyrażam się w ten sposób: bleh

Podobne emocje wiążą się z wodą różaną z Bułgarii - do mojego ukochanego zapachu baaardzo jej nie po drodze.
Ma super atomizer, który otula twarz, ale co z tego skoro nie lubię jej używać? Przekazałam dalej.
Ta sama firma posiada w swoim repertuarze perfumy różane i tu jest strzał w pięćdziesiątkę! Czerwona jak krew woda to typowa, ciężka róża ogrodowa.

A jeśli już jesteśmy przy najromantyczniejszym z kwiatków to Lush posiada w ofercie wegański balsam różany o nazwie Ro's Argan. O Bogowie! Najlepszy kosmetyk na świecie i jeśli się mylę to mnie poprawcie. Super nawilżacz o cudownym aromacie. Zapach jest idealny, a nawilżenie 10/10.
Dziwny w użytkowaniu: ponoć najpierw trzeba go nałożyć na ciało, potrzymać 5 min i potem spłukać pod prysznicem. Czasem tak robię. Ale ja mam tylko dłonie suchawe czasem więc nakładam go na noc i jest ok. W pracy muszę myć dłonie 50 tys razy dziennie i nie zauważam papierowej skóry. Fajny kosmetyk do nawilżania ust :) Pyszny zresztą.
Zostawia tłuste plamy na tablecie więc zaoatrzcie się też w płyn do czyszczenia ekranów.

Volbeat + Lonesome Rider



czwartek, 4 września 2014

Metoda na głoda

Przeszlam na weganizm i jestem głodna!

Mam pytanie do weganek - co Wy tam jadłyście u początków? To jest normalne, żeby bezustannie czuć potrzebę przeżuwania pokarmu? Przyznam, że wpierniczam jak jeszcze nigdy i ku mojemu pozytywnego zdziwieniu przytyłam. Ale nie mogę co godzinę latać do kanciapy, żeby coś rzucić na gastrofazę... (Ok, mogłabym, ale oznacza to, że musiałabym do pracy wozić 3 kilo owoców czy czegoś tam plus wydawanie dodatkowych 5 funtów co 3 dni).

Jestem na ostatnich siłach psychicznych po śniadaniu, które zjadam o 7 o poranku. O 9 czuję, że chyba już czas na bananka, a o 10 rzucam się na niego jak dzika. I na czekoladkę albo ciastko, przyznam, że na pewno nie wegańskie :( chyba więcej owockow muszę jeść z rana.
Potem czekam na przerwę (lunch - o jak ja nie cierpię tego słowa) o 12.30, bo już się słaniam i wołam do szefowej, żeby mnie dobiła. To jest normalne? Z rana też jesteście głodne? Czym się zapychacie?

Potem już jest tylko lepiej. W domu jestem po 18 i jakoś nie czuję potrzeby zjedzenia naszych kotów, czyli jest ok - najpierw prysznic, ogarnięcie, demakijaża wykonanie, połączenie się z kosmosem. Kolacja nie jest priorytetowa. Ale suta. A potem śniadanienie i walka o ogień w okolicy godziny 12.

Znacie kanał Regular Ordinary Sweedish Meal Time? Jak ja rozumiem tych facetów... W kuchni zachowuję się podobnie, gdy przychodzi do gotowania posiłku :D

sobota, 23 sierpnia 2014

Models Own

EDIT 29 - 10 - 2017 FIRMA NIEPEWNA /BRAND UNCERTAIN

Porozmawiajmy o paznokciach.

Chyba założę drugiego bloga o lakierach, bo mam hopla na ich punkcie. Jechałam niedawno pociągniem i z nudów gapiłam się na ludzi. Zauważyłam młodą kobietę siedzącą po mojej prawej. Między nami siedziały dwie osoby: facet i jakaś starsza pani. Młoda kobieta miała śliczne dłonie. Naprawdę fotoszopowe, było na co patrzeć. Nawet ułożyła je na torebce w piękny sposób.

No tak mam po prostu. Lubię ładne kończyny. Lubię oglądać filmiki o paznokciach i blogi o tej tematyce. Mam na kompie małą kolekcję zdjęć dłoni kobiecych. Oglądając filmy podpatruję dłonie (w serialu Miasteczko Twin Peaks aktorki miały chyba do dyspozycji cały sztab manikiurzystek - Lynch też lubi piękne paznokietki ;)) No taki mój fetysz. Malowanie paznokci to dla mnie mikro przyjemność, którą sobie aplikuję w piątkowy wieczór (w pracy nie mogę mieć pomalowanych, niestety; na szczęście weekendy mam wolne). Lubię dbać o moje dłonie i stopy, jestem pod tym względem małym zboczeńcem. Dłonie i szyja najszybciej zdradzi nasz wiek, wiedziałyście o tym?

Dziś jedno z moich dzieci. I Tutek w tle, kochany Mein Purrer :3


Mam dwa lakiery Models Own. Miętusek ze zdjęcia (mam w dalszym ciągu niebywały pociąg do tego koloru) pochodzi z kolekcji pachnącej, polegającej na tym, że kilka pastelowych kolorów pachnie jakimś owocem. Mięta pachniała zielonym jabłuszkiem, a raczej czymś co w domyśle nim było. Lubię zapach lakieru do paznokci i farb w ogólności więc takie urozmaicenie dla maniaka lakierowego jest jak najbardziej ok. Gdyby nie to, że moja kolekcja lakierasta jest spora i akurat inne pastele z serii Scratch N' Sniff miałam, tylko we flaszkach innych firm, to szarpnęłabym się na więcej Models Own.

Bo fajna jakość. I pędzel. I nie barwi płytki. Akurat jestem Mistrzynią Świata  w malowaniu swoich paznokci. Nie ważne czy pędzelek jest kanciasty, szeroki czy jeszcze jakiś. Ten tutaj jest cieniutki jak  w China Glaze, więc jak ktoś takich nie lubi to ...niech nie kupuje :) odpryskuje po 3-4 dniach. Dla mnie bomba.


Inspiracja lakierowa z pinteresta:


środa, 13 sierpnia 2014

CAR BOOT SALE

O ciekawych miejscach piszę nie dlatego, żeby Wam pokazać gdzie to ja nie bywam i fiu fiu. Smażę takie posty, ponieważ ludzie przemieszczają się, podróżują i o tym gdzie warto zajrzeć dowiedzą się w 9 przypadkach na 10 z internetu.



W Edynburgu  (Szkocja) warto zrobić szoping na Princess St, wpaść na High St i pogapić się na zamek z ogrodów Princess Gardens - dowiecie się o tym z każdego przewodnika. Ale o graciarniach może niekoniecznie napiszą :) I tu wkraczam ja!

Jeśli odwiedzicie Edynburg to w niedzielny poranek wpadnijcie na wyprzedaż CAR BOOT SALE, organizowaną w każdą niedzielę między 9-13 na parkingu podziemnym, poziom minus 4, na ulicy przy metalowych żyrafach (przy Omni Centre, konkretnie budynek sąsiedujący z Omni). Ludziska przyjeżdżają tu swoimi samochodami, wypakowywują z bagażnika to co im w domu zagraca przestrzeń, rozkładają na stoliku i sprzedają. A my sobie macamy, oglądamy.


Jest tu naprawdę sporo śmieci :) strasznie dużo szmat, bibelocików w stylu: porcelanowy delfinek mejd in czajna, powyginanych i zakurzonych butków, które leżały w kartonowym pudle na strychu przez 10 lat czy torebek luis witą. Ale zanurzycie się też w bajorku szklanych flakonów z pompką na perfumy, 70letnich banknotach z Szanghaju, drewnanych skrzyniach i wiktoriańskich sztućcach.

Za 2 funty kupiłam tu np parowar :) ale pokrywki mu brakuje, co zauważyłam dopiero w domu :(

Dojedziecie tu autobusem nr 5, 25, 49, 34 i wiele innych. Znajduje się kilka kroków od stacji pociągowej Waverly.

Za bezcen kupicie tu wszystko, ludzie odstępują swoje starocie za przysłowiowe 3 grosze. Parking jest wypaśnie duży i godzinkę na targowanie się można stracić. Jak na bazarze. Eko raj. 

sobota, 9 sierpnia 2014

Natalia

Po ktorymś z kolei tygodniowym maratonie w pracy zrobiłam to co zwykle robię od 20 lat - zasiadłam przed tv, żeby o 20 obejrzeć film. Jest to rytuał, który sobie dawkuję pomimo, że film przerywany jest reklamami, a nawet wiadomościami. Tak - kuliminacja historii sie zbliżała, a tu nagle News. Lovely.
Oglądałam Star Wars - revenge of the Sith. Kocham ten film, ponieważ jest tym konkretnym epizodem w Sadze, który zapoczątkował moją wierność Lucasowi. Natalia gra Padme, a tego jej filmowego Vadera brałabym :3



Jestem podglądaczem tej dziewczyny od dziecka. Po raz pierwszy widziałam ją w Leonie zawodowcu.

Potem długo długo nic.

I okazało się, że Portman nadal pracuje! Przemknęła mi w kinach (niech będzie, że na małym ekranie, bo do kina prawie nie chodzę) w V jak Vendeta, Thor, gdzieś po drodze Closer, jako Anna Boleyn i tak dalej. Udzieliła się też głosowo w Ziemianach i wtedy na dłużej zatrzymałam na niej swoją uwagę. Natalie od wieków była wege, natomiast  jest weganką od 2009. Pudelek donosił, że zrezygnowała z tej diety na rzecz jajek przez 9 m.cy ciąży, ponieważ to jej dyktował organizm. Jestem to w stanie zrozumieć, bo mój organizm też mi cos podpowiada, odkąd jestem na weganiźmie. Tylko nie wiem co.

Jest autorką kolekcji wegańskich butów dla Té Casan, jej ślub był wegański, a jej chłopak oświadczył się dając jej eco-friendly pierścionek :)

Ta waćpanna jest nienachalna. Jakiegoś oskara dostanie; na jakiś weganizm przejdzie. Nimb boskości  w moich oczach, niech jej się spełni przesilenie letnie.
Ona będzie po śmierci kimś w rodzaju księżnej Monako albo tej pani co ma oczy jak Bambi.



Natalia ma rzeszowskie korzenie :) A ja z Rzeszowem jestem bardzo związana. Jeśli nas tu w końcu odwiedzi to ufam, że uda mi się uścisnąć dłoń tej niewiasty ^^ Ona jest po prostu olśniewająco Piękna. 

sobota, 2 sierpnia 2014

Clean of England



Gdyby Soap & Glory było filmem, a Wy tłumaczami jakbyście nadali mu polski tytuł? ;)

Co misie podoba na Wyspach to promocje w sklepach buy3pay2 czyli kup 3 kosmetyki płać jak za 2. W ten sposób razem z siostrą mamy kolekcję ze zdjęcia. Brakuje na nim masła do ciała - mojego ulubionego zapachowo produktu mydła&chwały. Kosmetyki pachnal perfumami miss dior cheri.

Zapach tych kosmetyków można albo kochać, albo... lubić. Są słodkie po prostu. A mnie słodkie się szybko nudzi. Nie drażni mnie, bo korzystam z nich sporadycznie.

Jest to świetny prezent dla dziewczyny! Teraz jest cieczka na S&G to każda blogerko-youtuberka chce to mieć. Jak na Yankee Candle albo Kosmetyki z DM. Albo Tangle Teezer. Albo rózowe jajco z gąbki za 80 zeta. I za każdym razem recenzja w jaki sposób odpalić wosk w kominku albo nałożyć podkład (paciając twarz, no bo jak inaczej?) ... Kosmetyki zdominowały kobiecy świat. Dlaczego Jestem tak okrutna dla własnej płci i tej drobnej słabostki jaką jest kupowanie kolorówki? Sama często idę do sklepu po majtki, a wracam z olejkiem do twarzy. I się cieszę jak dziecię.
 :)

Soap i Glory Ucieszy każde oko, bo:

1). Flaszki i tubki są ogromne,
2). Wyglądają uroczo,
3). Tanie to nawet jest. Na pewno nie jak Ziaja, ale znajdziecie moc droższych żeli,
4). Są to dobre jakościowo produkty! Zwłaszcza balsamy - zapach utrzymuje się długo np na pościeli albo pizamce jeśli wieczorem się wysmarujemy.

---<--<--@

Okołosportowo: kupiłam buty adidasa i biegam. Nareszcie! Zainspirowała mnie moja obecna szefowa, ktora miesiąc temu w Londynie zajęła 57 miejsce w maratonie londyńskim. Ta laska jest przekultowa i jej hobby doprowadziło mnie do kupienia podkoszulka z napisem Run DMC (Rusz Dupsko Miejski Cieniasie) i leginsow i coweekendowego pseudo biegania. Jestem w tym sporcie okropna! XD ale czuję się po tym wysilku wspaniale dotleniona i mięśnie mam poruszone, więc jak najbardziej zachecam: kilka dni temu musiałam przebiec jakieś 200 m, bo autobus dojeżdżał do przystanku i ku własnemu niedowierzaniu zdąrzyłam, buahaha. 

wtorek, 29 lipca 2014

Home for hope

Ikea wpadła na pomysł rozreklamowania firmy i schroniska dla psów poprzez umieszczenie na ekspozycjach sklepowych wizerunków bezdomnych psiaków, których na całym świecie jest miliardy. TUTAJ link



Futrzasty przyjaciel dopełnia gotowy wizerunek domu :) Ja sie zgadzam

poniedziałek, 28 lipca 2014

Farmageddon

Literatura non-fiction, napisana przez Philipa Lymbery i Isabel Oakeshott jest efektem 3letnich badań tego pierwszego na farmach mięsa i fabrykach rybnych na całym świecie. Lymbery odwiedza m.in. fabryki w Usa, Peru, Chinach, Meksyku. Dowiemy się w jaki sposów odpady z rzeźni zatruwają rzeki, jaki metraż powiwrzchni do życia mają maciory, jaką pracę wykonują w takich miejscach weterynarze. Książka namawia do zmian w systemie prowadzenia takich miejsc, nie chodzi autorowi o zrównanie ich z ziemią.

Nie kupiłam Farmagedonu, poniewaz w mięso nie inwestuję od kilku lat, ale nie wiem na ile ta literatura jest przydatna: o tym, że mięso produkowane masowo to syf, fabryki zanieczuszczają środowisko i że spożywanie trupów zwierząt, którym za życia wstrzykuje się hormony, negatywnie wpływa na zdrowie, mówi się od dawna. Powstaje masa filmów dokumentalnych, dyskutuje się o tym w tv, niedawno czytałam o ograniczaniu mięsa w jakiejś gazecie co była u mnie w kiblu.

Wspomniałam o tej książce ponieważ chcę, abyście się dowiedzieli, że istnieje na półkach w Brytanii, może będzie do kupienia w Polsce. Ale osobom vege nie trzeba jej rekomendować czy kupować. Powinni po nią sięgać mięsożercy. Wszak jeśli kupujemy mięso to im taniej tym lepiej.

Tytuł oryginału wydanego w styczniu anno 2014: Farmageddon: the true cost of cheap meat. Książka jest grubaśna, na cenę bałam się popaczać, książki tu są drogie jak w Polsce.

No i jest film Farmageddon. Trailer na yt się znajduje.






niedziela, 20 lipca 2014

90s Kids TAG

Na kanale Eat your kimchi zobaczyłam ten tag, swgo czasu zrobiła go tez Asia ze Stylizacje2. Polega on na tym, urodziłeś się w latach 80tych i Twoje dzieciństwo przypadło na późniejszą dekadę. Lubię powroty do przeszłości, więc sobie zrobię wspominajkę. Jeśli ktoś szedł starym systemem nauczania czyli 8 klas podstawówki - niech czuje się wezwany do tablicy i odpowie na poniższe pytania. O!

Ulubiony program twojego szczenięcego życia.
Czarodziejka z księżyca otworzyła mi oczy na inny niż disnejowo-amerykański rodzaj animacji (pierwszym odcinkiem jaki zobaczyłam był ten z pachnącymi zwierzątkami o nazwie Chanelki), Motomyszy z Marsa (te myszy były efektem testowania na zwierzętach jeśli mnie pamięć nie myli. Już wtedy coś szło w stronę tego bloga ;)), sporadycznie zerkałam na Ulicę sezamkową gdzie wyłapywałam naukę literek po angielsku, oglądałam też środkową część 5 10 15, bo 5 latki miały dla siebie jakieś głupie piosenki, 15 latki swoją część miały o wyborze studiów, a ja, około 10 latka, oglądałam część o robieniu ludzików z plasteliny. Fenomanalny był dla mnie Tik Tak

Jaki serial wtedy oglądałeś?
Beverly Hills 90210 - ten serial miał w moim mniemaniu niemały wpływ na styl ubierania się ówczesnych nastolatków czyli np jeansy obcięte i nałożone na czarne getry (dziś na to się mówi legginsy, o la la).
Słoneczny patrol oglądałam z nudów - nawet wtedy uważałam te odcinki za głupie. Oglądałam, bo inni oglądali.
Doktor Queen - uwielbiałam! Nie opuściłam chyba ani jednego odcinka. Pierwszy medyczny serial jaki mnie wciągnął. Potem był Ostry dyżur i Dr House. Fajne fajne.
Niesamowity był Przystanek Alaska :)

Ukochana zabawka.
No lalki Barbie oczywiście. Miałam kurteczka prawie wszystko! Barbie syrenkę, Ferrari, kuchnię i w lodówce mini produkty, lazienkę gdzie działał prysznic, suknię ślubną, rozkładaną kanapę. Czar tych zabawek polegał właśnie na tym, że zmieniały swoją funkcjonalność - z wersalki mogłaś zrobić romantyczne łóżko. Bawiłam się w mini dekoratorkę wnętrz, szyłam ubranka, poduszki, przewiłałam dzieci. To były nieustające święta Bożego Narodzenia :3

Najlepsza reklama:
Aniu czas na colgejt.
mamo, ale ja jeszcze rysuje..
Porysujemy razem?
Spadaj, to moje kredki!

N sync czy backstreet boys?
BB! W tej samej dekadzie zaczęłam słuchać metalu więc idealne pytanie dla mnie: Metallica czy Slayer? Oczywiście, że M!

Najdziwniejszy trend w modzie tamtych lat.
To chyba wtedy panowała moda na zdzirowatość w stylu Aguilera Dirt i wczesna Doda - spalenie na solarium, łańcuszki przy podziurawionych dżinsach i kwadratowe tipsy

Co kolekcjonowałeś?
Karteczki pachnące - to oczywiste. Kolekcjonowałam gazetę Bravo, a jakoś pod koniec dekady zaczęłam zbierać ładnie wyglądające puszki po piwie - tata sobie kupował i prosiłam, żeby nie zgniatał.

W jakie gry grałeś?
Grałam w grę co się ją podpinało do tv i były dżojstiki dwa, ale nie pamiętam jak to się nazywało. Nigdy się w gry nie wkręciłam, tak jest do dzisiaj z czego sie nawet cieszę :) Bardziej lubilam gre w Chinczyka.

Najlepszy ,artysta' muzykujący.
Waham się pomiędzy East17 i Michaelem Jacksonem. Mam dziwne wrażenie, ze o kimś zapomnialam...

De best film lat 90tych?
Terminator2. Świetny film. Pierwszy raz efekty specjalne na nim zobaczylam (T 1000 wyłażący z podłogi ohohohoooo). Fenomelany motyw przewodni, ścieżka otwierająca, uwielbiam scenę w której Arnold wyłazi z knajpy ubrany w skóry, barman wybiega za nim ze strzelbą, a Terminator wyciąga z kieszonki jego koszulki okulary.
Najsmaczniejszy cukierek.
Był taki tani lizak zafoliowany w przezroczysty papierek z kwiatem pośrodku. I lizak kulka z gumą do żucia w środku. Lizusem byłam.

Ulubiona zabawa na podwórku.
Guma czyli skakanie w klasy. Do dzisiaj mam zgrabne nogi. Wszystkie dziwczyny w to się bawiły na przerwie. Im dłuższa guma i bardziej kolorowa tym więcej dziewczyn chciało grać.

Ksiażka twojego dzieciństwa (czyli na pewno nie Harry Potter!!! Hahaha kocham lata 90te zanim Zmierzch i Hogwart zaczął straszyć spod dywanu).
Najcudowniejszą powieścią do dzisiaj jest dla mnie Ania z zielonego wzgórza. Pamiętam, że egzemplarz tej książki miała w swoim domu na wsi kuzynka Marta. Akurat tamtego lata, gdy spędzałam wakacje w Łowcach, miałam spis lektur do nast.klasy i na liście była Montgomery. Pewnego dni nudziłam się jak mops, padał deszcz czy coś takiego i zaczęłam czytać. Przez jakiś tydzień nikt mnie z domu nie mógł wytargać - tak się wkręciłam. Jak byłam w połowie lektury to Kasia - moja druga kuzynka złapała mnie za nogę i chciała mnie z łóżka ściągnąć i jęczała, żebym już odstawiła tą głupią książkę i pobiegła się z nią bawić. Ojoj. Ta scenka przesunie mi się przed oczami na łożu śmierci.




niedziela, 13 lipca 2014

Przechodzę na weganizm!

I kropka.

To jest śmieszne, żebym od kilku lat truła o tym, że mam ochotę, chciałabym, ale możejeszczenieteraz, z nowym rokiem na pewno. Ograniczam ser i jajca od kilku miesięcy, czas to wszystko chwycić za mordę i słowa wprowadzić w czyn. Ale będzie ubaw :) między innymi dlatego, że kupiłam dziś suplement witaminy B12, czyli 30 wegetariańskich tabletek, ha-ha... Buteleczka stoi teraz przede mną, nie doczytałam napisu w sklepie Real Foods. A co do tej witaminy to polecam Wam wykład prof. Romana Pawlaka (dzieki Sebastian) w którym obala 4 mity dot.wspomnianej bohaterki. Obalanie zaczyna się w ok 30 min filmiku. Pokażcie ten wykład rodzicom, ponieważ to właśnie u osób powyżej 50 roku życia niedobór B12 daje w kość najbardziej. Nie tylko osobom na diecie bezmięsnej jak zapewne każdemu się wydaje.


                         *                   *

Dzisiaj jest finał Miszczostw Świata. Marzył mi się mecz Niemcy vs Holandia, no niestety będzie niemiecko-argentyński pojedynek. Dobra data do zapamiętania dla rozpoczęcia weganizmu :3



Piwo dziś się też poleje, ale zanim to nastąpi to kupiłam sobie aperitif w postaci różanej lemoniady. Wegańska jest! Zbyt słodka jak na mój gust, zapycha i jest bardzo nabąbelkowana. Superaśna na piknik. Zawiera imbir, cytrynę oraz czysty ekstrakt różany z Bułgarii. Kosztuje 1.39 funta, jeśli pojawi się ten drink w Polsce to cena wywinduje do 12 zł jak mniemam :/


Obstawiam wynik: 3-0 dla N

poniedziałek, 30 czerwca 2014

PUDROWANIE PUDERKIEM DLA DZIECI

EDIT 7 11 2017: DABUR I HIMALAYA HERBALS NIE SĄ PEWNE!



Poszłam raz do drogerii Superdrug, ponieważ zabrakło mi nożyków do golenia nóg i pach. Przy kasie zostałam poproszona o ...dowód osobisty XD Pytam:
- Po kiego?
- Poniewaz takie mamy wytyczne od menadżera, jeśli ktoś kupuje ostre przedmioty.
Jeśli byłabym nieletnia to nie ogoliłabym się ;)

Co byłoby mi nawet na rękę, bo tanie jednorazówki (które zawsze wystarczają mi na około 20 użyć) podrażniły mi paszki. Odstawiłam na chwilę dezodorant w spreju firmy Balea i zaczęłam używać pudru dla dzieci zamiennie z deo w kulce Jason Natural. Myślę również nad użyciem soku z cytryny - kilka kropelek na opuszki palców, które trzeba wmasować w skórę pach.

Genialny i wielofunkcyjny jest puder dla dzieci i warto go mieć nawet jeśli nie jesteśmy matkami. Oto kilka pomysłów na jego zużycie:
- całodzienna gonitwa w balerinach powoduje okropny zapach kończyn dolnych, dlatego wieczorem po dokładnym umyciu stópek opruszam pudrem palce i zakładam skarpetki, bamboszki czy inne papucie, żeby proszek nie odbił się na dywanie. Pudrem można osypać jasną pościel w nogach łóżka - stópki będą się same w kosmetyku przez całą noc obtaczać,
- jeśli macie duży biust lub obtarcia po biustonoszu pod piersiami - osypcie z rana miejsca, które wieczorami, po ściągnięciu ciuchów, bywają zaczerwienione,
- można nim opruszyć sierść zwierzaka, żeby ładnie pachniał, ale nie wiem czy to dobry pomyśł zwłaszcza jeśli lubicie się przytulać, a jesteś osobą ubierającą się na czarno,
- wyczytałam w necie, że puder zmniejszy ból podczas woskowania nóg. Należy je wpierw osypać i potem nałożyć plaster z woskiem. Nie wiem, nie używam, nie próbowałam i sposobu nie wypróbuję, ponieważ boję się żylaków i unikam depilacji wyrywająco-ciągnącej jak ognia,
- dokucza Wam wysyp syfków na zgrabnych tyłeczkach? Też warto wieczorem opruszyć. Pomaga!
- puderkiem zasyp stare książki, jeśli masz wilgoć w domu, 
- to już oklepane, ale zawsze warto przypomnieć - blondynki mogą go używać jako suchy szampon. Trzeba odrobinkę wysypać na czubek głowy i opuszkami palców wetrzeć w skórę. Nie lubię tej metody.

 Zdj z sieci

Pudry innych firm:

Babydream  z Rossmanna
Dabur
Lush
Himalaya Herbals 

sobota, 21 czerwca 2014

Poleje się ... piwo

Brazylijski World Cup jest cudowny jak dla mnie.

Świetna atmosfera, bombowe mecze, dużo goli, mało żenujących kartek. Rodziny z dzieciakami na trybunach. Hymny śpiewane dlugo po zakończeniu podkładu muzycznego. A do tego świetne piwo bezalkoholowe jakie sobie popijam. Dziś, czekając na grę moich ulubionych chłopców z Germanii, siorbię fajne imbirowe firmy Fentimans. Pijąc je bąbelki podchodzą do nosa, a gardziej jest drapana :)



Taki trunek zrobicie sami w domu i powiem szczerze - wychodzi identyczne jak sklepowe:

Butelka wody mineralnej gazowanej sztuk jedna. Cały korzen imbiru zetrzeć na tarce i zalać połową wody mineral. Wcisnąć do tego sok z całej cytryny. Miksturę odstawić na dwie godziny. W tym czasie oglądamy cudowny film Smak curry. Po tym czasie imbir oddzielić od wody. Uzupełnić połową mineralnej, która nam została w butli. Schłodzić. Skonsumować na działce.

Smak jest specyficzny i nieprędko kupię ten napój ponownie, ale lubię to. Głównie dlatego, że imbirek jest świetny dla zdrowia i warto taki schłodzonym trunkiem się uraczyć w upalny wieczór, natomiast w zimowy - zafundować sobie imbirową herbatkę. Yummy!

Imbir łagodzi mdłości oraz bóle miesiączkowe, chroni przed zakrzepami, jest ogólnie dobry dla krwi, poprawia koncentrację i rozpala chucie :)

niedziela, 8 czerwca 2014

Piwo ma być wypite

Pogoda w Szkotlandii przepiękna - słoneczna, otacza mnie zieloność aż miło. Tak będzie może przez 4 dni w roku ;) Ludzie dosłownie wychodzą tu na plażę w strojach kąpielowych, a jest chyba 16 stopni. To i tak dużo jak na Edynburg :) nawiedzam teraz tutejsze sklepy więc przez kilka najbliższych m.cy wszelkiej maści produkty nie będą produkcji polskiej. Obwjusli.

Nie powiem - smaczne, ale niezbyt mocne jest wegańskie piwo organiczne Sami'l Smith's from the UK, które sobie popijam sporadycznie do filmu, akurat w tej sekundzie jest to końcówka Pogromców duchów. Uwielbiam pić piwo podczas oglądania ekranu. Odkryłam niedawno serial Penny Dreadful to mam podwójną przyjemność - trzeba przecież jakiś trunek do seansu kupić.

Zdjęcia robione taboretem tj tabletem nie oddadzą smaku, więc Wam go nieco przybliże: jest to słodkie, babskie piwo. Alko jest 5,1 volta, ale nie uderza do głowy - właśnie obalam truskawkowe i śruby nie ma. Nie przepadam za nim, bo jest słabe i okraszone smakiem starego owoca (żeby nie powiedzieć sfermentowanego). Co kto lubi. W moim rankingu plasuje się w połowie listy - piło się gorsze, chmielowe świństwa. Polecam i nie odradzam :)


Bardziej posmakował mi aprikot :)



A filmy oglądałam z tym przystojniakiem, ktorym opiekowałam się przez dwa tygodnie pod nieobecnść właścicieli. 

środa, 4 czerwca 2014

no name

Z sieci zaczerpnięte. Oczywiscie nie mogłam się powstrzymać i nie wystrzelić tych kilka fotek dalej w świat. Miłego paczania :)







Kilk

wtorek, 27 maja 2014

Charity shop

Najfajniejsze miejsca na Wyspach Brytyjskich to dla mnie charity shopy! 

Jest to odpowiednik polskich szmateksów, z tym, że idea istnienia tego typu sklepów tutaj polega na przekazywaniu uzbieranych pieniędzy na szczytne cele. Mamy więc charity shop zajmujący się rakiem, bezdomnymi dziećmi lub (zdjęcie) zwierzętami. Wszystkie graty znajdujące się w tych sklepach oddawane są przez obywateli za nic, a ludzie tu pracujący przy kasie to wolontariusze. 

Znajduję tu istne perełki! Trzeba się nieźle olatać od jednego CS do drugiego, ale warto. Osobiście uwielbiam znoszone rzeczy, nigdy nie przepadałam za zapachem ,nówki'. Pamiętam, że wielokrotnie jako dziecko miałam kilkudniowy opór przed założeniem nowo kupionego ciucha. Że o butach nie wspomnę - swoich glanów nie cierpiałam nosić przez ładnych kilka tygodni, bo były okropnie sztywne. Mimo wszystko mam lekkie obawy przed kupieniem używanych butków - jakiego grzyba dostanę ... I prędzej ziemia zacznie się kręcić w drugą stronę niż kupię używaną bieliznę. 

W CS znajdziecie prawie wszystko, głównie odzież i książki w miękkich obwolutach. Ale również meble, sprzęt do kuchni, torebki, ramy do obrazów, jakieś badziewne kosmetyki (nieużywane) i co tam jeszcze. No szmateks po prostu :)

No a tu często zaglądam, ale nigdy nic ciekawego nie wygrzebałam (zdjęcie z sieci, nie moje): 

sobota, 17 maja 2014

Orange Caramel

Orange Caramel to koreańskie, dziewczęce, śpiewające trio. Produkt którejś z tamtejszych wytwórni.



Wyjaśnijmy sobie coś: bardzo lubię muzykę z tamtego rejonu, pomimo tego, ze w dalszym ciągu bóstwię muzykę bardzo ciężką. Przepadam za strojami, makijażami i ogólnie za wesołym brzmieniem koreanskiego popku. Bo to milutkie jest. Nabieram energii i poprawia mi się humor, gdy oglądam np teledysk Im Chang Junga Open the door XD (pamietacie reklamę z Pandą? Jest to bezposrednie nawiazanie)

Podejrzewam, że to co mnie najbardziej kręci to nierozumienie tekstów - są puste, o niczym i po prostu nie musze ich rozkminiać. Będąc podlotkiem kochałam amerykański pop, ponieważ muza wpadała w ucho i szybko z niego wypadała.
To samo mam z koreańkim k-pop i k-rock.

Teledysk do piosenki Caramell jest cudowny! Popatrzcie sami Nasze 3 bohaterki robią za syrenki (rybki), które trafiają do sklepu, opakowane w folię i w efekcie przerabiane są na sushi :) kałamarnica  (aktorka ją grająca jest znanym w korei komikiem, coś jak French & Sounders) sprzedawana jest po normalnej cenie, podczas, gdy nasze dziewczeta ozdobione zostają etykietką: kup 3 w cenie 1.

Doszukiwałam się jakiegoś głębszego przesłania, ale raczej na pewno przetrzebianie przez Azjatów oceanów z ryb i związane z tym zmniejszanie się populacji gatunków nie kierowało producentami zajmującymi się reklamowaniem zespołu Orange Caramel. Chodzi raczej o produkt jakiemu poddawani są młodzi ludzie pragnący zdobyć uznanie i pieniadze. Takie chwilowe 5 minut dla sławy i bogactwa. Jeśli się przyjrzycie to na naklejkach są ich (piosenkarek) daty urodzin, wzrost, waga oraz nazwa wytwórni. Jest to jeden z ciekawszych teledysków jakie widziałam dlatego podaję dalej :)


czwartek, 8 maja 2014

Różany ogródek Alverde

Nie jestem kosmetycznym masochistą i nie potrzebuję półek uginających sie od mazideł, ale mam pewną słabość, która mnie jednak męczy: jak ubzduram sobie, że coś chcę, bo mieć to muszę, bo tak, to chcica nie odpuszcza przez jakieś 3 dni tak mocno, że aby ukoić ,ból' klikam w internety i patrzę jak inni posiadają ową rzecz. Potem chcica nieco spuszcza z tonu i jeśli danej rzeczy jakimś cudem udało mi się nie zdobyć to chęć posiadania raczej powróci. Mam tak raz na kilka miesięcy i dotyczy to każdej dziedziny życia. Nie ważne czy chodzi o książkę, chipsy czy bilet do kina. Zawsze są to drobne przedmioty, nigdy istoty żywe. Prawie nigdy nie kupuję beststellera. Obecnie mam parcie na baleriny wegaskiej firmy Mel by Melissa - byłam o włos od ich kupienia...

No ale post nie o tym.

Na krem Alverde napaliłam się niechcący, przypadkiem, wbrew własnej woli! Nie chciałam tego! Niestety było już za późno, aby wsiąść w auto, pojechać i wyłożyć euro na ladę, poniewaz byłam w Polsce. A żeby zdobyć ten kosmetyk Polka - wegetarianka (weganka) musi się nieco nagimnastykować, a to z braku w naszym kraju drogerii DM. Najpierw poprosiłam znajomą, która w mieszka przy granicy niemieckiej, żeby mi go kupiła, jednak nie wypaliło - miała ważniejsze problemy na głowie niż zakupy. Litanię o krem wystosowałam więc u kuzynki, która bywa w Austrii. No i po kilku tygodniach subtelnych próśb (Tylko nie zapomnij, Kochana, o kremikuu!)
Ja wiem, że jest internet, i okazje, i ebay, alledrogo, i lubię paczki dostawać, itede itepe. Ale jednak historia powiązana ze zdobyciem upragnionej duperelki zapada mi w pamięć. To jest takie głupie, że aż śmieszne - doceniam to, że zainwestowałam czas i energię na zakupy stacjonarne :3 i może dlatego mini recenzja tego kremu jest entuzjastyczna. Bo strasznie lubię te 50 mili, nawet jeśli krem do najbardziej tewelacyjnych nie należy - nie nawilża spektakularnie i zostawia po sobie coś jakby kolejną warstwe naskórka.

Krem na dzień. Być może lepszy będzie olejek tej samej serii lub krem na noc. Wersja na dzień jest spoko, ale nie nie kupiłabym ponownie i łamała sobie karku, żeby zdobyć. Mimo wszystko zawiera wyciąg z róży, a róże górą! Mój ukochany obecnie zapacho-ekstrakt można bez trudnu obnaleźć w kosmetykach oraz perfumach. Uwielbiam to i kciuki w górę, ponieważ jest rewelacyjny dla skóry, dla mnie wręcz idealny i na chwilę obecną tylko róża róża róża - odmładza, spłyca zmarchy, pomaga przy likwidacji przebarwień. Łagodzi podrażnienia i obrzeki, ujędrnia. I pachnie jak Niebo :D tak wiec może ta konkretna, niewielka tubeczka eko mazidła pomoże Wam w zapobieganiu niewielkich dolegliwości skórnych?




piątek, 2 maja 2014

Fair Trade, czyli mam władzę jako konsument

Zaczynam powątpiewać czy cokolwiek co kupuję jest sprawiedliwe. Wszędzie dybią na moje pieniądze, a ja nie dam się rucha... oszukiwać. Pogrzebałam nieco lękając się, że nie taki oczywisty Fair Trade jak go malują. Ograniczam się do felietonów ze strony Kultura Liberalna.

Na ile ta idea jest szczytna? Czy jest? Tak, ale nawet ona jest przez producentów i biznes nadużywana. Okazuje się, że standard życia ubogich rolników poprawia sie tylko nieznacznie. Biurokracja pochłania większą część pieniędzy. Zyski w większości idą na rzecz wszelkiej maści organizacji prowadzących i nadzorujących certyfikację. Czy powinno to decydować o tym, że oleję FT? Raczej nie. Biznes to biznes. Nigdy o Sprawiedliwym Handlu nie myślałam jak o Robin Hoodzie - wszystko oddaje biednym. 

Pozwole sobie zacytować Gavina Fridella:

Istotna krytyka fair trade dotyczy również roli wielkich korporacji, które zaczynają dominować na rynku sprawiedliwego handlu. Wiele firm udziela minimalnego wsparcia sprawiedliwemu handlowi w celu przykrycia swojego szerszego oddania dla polityki wolnego handlu. Korporacje takie jak Starbucks mogą zyskać pozytywną reklamę, sprzedając zaledwie 8 proc. certyfikowanych ziaren kawy, podczas gdy pozostałe 92 proc. ich kaw pochodzi od niecertyfikowanych dostawców, których pracownicy są w zdecydowanej większości nisko opłacani i niezrzeszeni w związkach zawodowych.


Za kawą od dłuższego już czasu nie przepadam, i z niej zrezygnowałam, ale lata jej picia sprawiły, że o poranku niezwykłą przyjemnością było dla mnie strzelenie sobie małej czarnej. Nawet nie chodziło o smak - ubóstwiam zapach ziaren kawy. Picie tego płynu to dla mnie produkt uboczny zaparzania właściwego :3

Gdy sobie kupiłam pokaźne opakowanie kawy FT to wyjść z podziwu nad jej smakiem nie mogłam. Jest cudowna, lepsza, mocniejsza i bardziej nasycona od zwykłych supermarketowych. Miałam dylemat nad jej zakupieniem, ponieważ niebiesko-zielony znaczek podnosi nie tylko jakość, ale i cenę. Z tym się trzeba liczyć, bo zdobycie Certyfikatu Sprawiedliwego Handlu proste nie jest. Ale za jakość lubię przepłacać, wolę mieć jedną rzecz wywalonego w kosmos gatunku, niż trzy takie ło produkty, które męczę przy ,denkowaniu'. A wszystkie produkty z tym znaczkiem są pyszne! Przynajmniej te, w ktore ja zainwestowałam takowe zawsze były.


Sumujac - będę dalej kupować produkty ze znaczkiem Sprawiedliwego Handlu. Nawet jeśli jakis rolnik zarobi dzieki mnie 4 zl, zamiast 2zl. Zawsze coś. 

piątek, 25 kwietnia 2014

Walę drinki

Czasem nadarzy sie nietrafiony zakup. Z tego co pamiętam to lekką pomyłką był Podpiwek zatytułowany Jędrzej (dosłownie i w przenośni, haha :D)

Żeby ocalić 2 złote połączyłam napój z imbirem, który widzicie na zdjęciu: szklankę Podpiwka gotujecie w białym garnuszku, dodajecie łużkę kandyzowanego imbiru, gotujecie na niewielkim ogniu jakieś ...5 minut powiedzmy. Rozmyślam nad dodaniem do tej kompozycji plasterka cytryny... 

Napój rozgrzewa, więc zalecam dawkowanie w deszczowy, polski lub szkocki dzień :) 

Jestem w Edynburgu obecnie, więc automatycznie zakupy robię w tutejszych sklepach. Pojawi się kilka Wielko Brytolskich marek. Odkryłam już perfumerię cruelty free, Holland & Barrett pęka w szwach od naturalnych kosmetyków i jedzonka, każda knajpa w menu ma potrawy dla wegan i wegetarian. Żyć nie umierać! Trzymajcie za mnie kciuki i na zdrowie :3



sobota, 19 kwietnia 2014

Perfumeria Yasmeen


Zbliżające sie lato uaktywnia we mnie czasem tęsknotę za zimą. Tendencja odwrotna: zimą tęsknię za słonecznym ciepełkiem. Nie wiedzieć czemu właśnie teraz mam ochotę na szukanie aromatycznych, ciężkich brzmień nie tylko w muzyce, ale i w perfumach (nie w perfumie czy innym ufoku :p)

No to wejdźmy do Perfumerii (bo osoba, która w owym przybytku doznaje uniesienia powinna zawsze to słowo pisać z wielkiej litery) i poszukajmy inspiracji arabskich, bo takie właśnie znajdują się tu aromaty. Proszę Państwa:

Yasmeen na Karmelickiej 3, w Krakowie (na piętrze)

Malutki lokalik. Ascetycznie. Sporo do wąchania. Ceny oscylują między 10 i 500 zł. Muszę przyznać, że jestem nieco ...zawiedziona? Nie, nie tego słowa szukam. Chodzi mi o stan, kiedy wiecie, że będzie wspaniale, oczekiwania się nie spełniły, ale mimo wszystko warto było się tłuc autem w korkach, potem krążyć w deszczu po obcym mieście, żeby wkońcu otulić się ciepełkiem i zapachami celu podróży, a na koniec dostać mandat za złe parkowanie.

Kupiłam trzy rzeczy: perfumowany olejek w słoiczku, oleiste perfumy w kólce kulce oraz kajal (khol?) w stożku Blue Heaven. Raczej nie warto było, ale nie chciałam wracać do domu z pustymi ręcyma. Chciałam to mam :3

Ta perfumeria to alternatywa dla duglasa i innych takich tam koncernowych śmieci. Czasem jeszcze tu wchodzę, ale jestem totalnie zniesmaczona poziomem perfum dzisiejszego świata. A ponieważ nie chcę pachnieć Euforią, jak co trzecia osoba (chyba w dalszym ciągu są to jedne z najchętniej kupowanych zapachów Calvina, w istocie często je wyczuwam na mijających mnie osobach) to wybieram niszowe perfumerie. Nie chodzi o to, że nie podoba mi się Euphoria. Po prostu nie chcę pachnieć jak masa innych kobiet. Bo jestem jedyna tak niepowtarzalna ;)

...............

A takie oto kwiatki wychodzą, gdy się gra w scrable przy piwie i nie ma się już totalnie pomysłu na pozbycie się ostatnich literek XD xoxo


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...