wtorek, 30 października 2012

Strrraszny post!


Bu!

Bardzo lubię Święto Zmarłych. Uwielbiam klimaty jesienno - zimowe, zimne powietrze, odpalone świece, pałętanie się po cmentarzu. Gdy mieszkałam w Sandomierzu przy ul. Mickiewicza to z okna moich rodziców miałam widok na stary cmentarz po drugiej stronie ulicy, natomiast z kuchni na ogromny cmentarz niedaleko szpitala. Widok milionów zapalonych zniczy to nocą obłędny widok!

Halloween też lubię, bo jest fajna okazja do zrobienia mi makijażu, który zobaczycie na załączonym filmiku. Autorką jest Aleksandra (Sekiq), modelką Sorbet. Powodem do jego zrobienia był konkurs jaki dwa lata temu zorganizowała MissChievous, tematem przewodnim były mity i legendy. Dziś z perspektywy czasu i po ogłoszeniu wyników konkursu stwierdzam, że makijaż wygląda nieco ubogo przy kolorowych i papuzich feniksach i smokach (te mitologiczne istoty przeważały w konkursie), ale podczas jego wykonywania miałyśmy dużo radochy ^^ 

Makijaż był wykonywany parę miesięcy przed powstaniem tego bloga i moim zainteresowaniem się tematyką kosmetyków nietestowanych na zwierzętach, dlatego w filmiku zobaczycie produkty, których dziś już nie kupuję. Rok temu, gdy chciałam przed Halloween zrobić tego posta, ale mi nie wyszło zrobiłyśmy z Olą to zdjęcie: ...


... które w tym roku również jest nieaktualne (avon został wyrzucony z listy za oszukiwanie klienta - na ostatniej stronie katalogu pisze, że nie testują na zwierzętach, a to nieprawda, również revlon jest na czerwonej liście). Makijaż jest arcyprosty - czarne i białe kosmetyki kolorowe + połowa twarzy w makijażu jaki robimy sobie na co dzień. 

Miłego oglądania życzę =3

piątek, 26 października 2012

Jedz ze śmieci

Jestem pewna i dam sobie głowę zdekapitować, że widzieliście przynajmniej raz w życiu osobę, która grzebie w śmieciach w poszukiwaniu cennych rzeczy. Jeśli o mnie chodzi to widuję takie osoby bardzo często, z wyglądu to nawet nie są bezdomni. Do czego zmierzam - jestem świeżo po obejrzeniu filmu dokumentalnego "Skosztuj z kosza" ( lub Smakuj z kosza) i pragnę się wrażeniami podzielić.



Fasolka z Kenii przebyła 10 tysięcy km żeby trafić do kosza. Takie życie.

Film mówi co się dzieje z żarciem, któremu zbliża się koniec ważności, o tym, że przestaliśmy szanować jedzenie. Przede wszystkim jest to kolejny dokument po którym chciałam natychmiast rzucić wszystko i biec na ulicę, żeby "Coś z tym zrobić!". No bo jak to możliwe, że na śmietniku ląduje rocznie 500-600 TON niekupionego w sklepie przez konsumenta jedzenia?_? Supermarkety dewaluują wartość jedzenia - jeśli coś jest brzydkie to nadaje się do kosza.

Wiem ile ciężkiej pracy potrzeba, żeby wyhodować warzywa, zaangażowanych w ten proces jest wielu ludzi, zajmuje to sporo etatowego czasu, cierpliwości i pieniędzy. Rośliny muszą być ochronione przed szkodnikami, pogoda czasem nie sprzyja. A gdy roślinka zostanie przez kogoś kupiona to leży w lodówce aż zgnije i się wyrzuca ją do odpadków... Ale film pokazuje ludzi którzy - podobnie jak w dokumencie "Jedz nim zgnije!" - nurkują w śmietnikach i łowią przydatne do spożycia mięsa, owoce, jajka, wodę, alkohol. Jest to ich walka z problemem głodującego świata, ich wkład.

Na rynku jest nadmiar dosłownie wszystkiego i zostaliśmy do tego przyzwyczajeni - nie kupuję codziennie bananów, ale one i tak leżą na półce - trzeba je przywieźć, ponieważ nigdy nie wiadomo czego klient będzie chciał. Nie ma dziś bananów? No to idę do konkurencji na drugą stronę ulicy! Europejczyk ustala normy, więc dostaje to co chce.

W Europie jedzenie MUSI być wywalone. Nie dostają go potrzebujący, nie daje się go świniom na paszę. Jest to tańszy sposób pozbycia się niechcianego produktu. Kolejny kryzys globalny będzie dotyczył żywności i będzie to kryzys bardzo dotkliwy.

A zresztą po co opowiadać? Sami zobaczcie!

Tego typu filmy mnie strasznie inspirują :3 bo zobaczyłam, że jakiś Amerykanin przeniósł się spod NY do NY i na dachu swojego apartment założył pasiekę. Inna laseczka prowadzi swój ogródek. No i gdy patrzę na zieleninę jaką na swoim balkonie hoduje m.in. FrienSheep to też chcę!! Myślę, że jakiegoś pomidora zasadzę, niech tylko się skończą te mrozy, które się jeszcze nie zaczęły.

czwartek, 25 października 2012

DZIEŃ KUNDELKA


Dziś nieformalne święto obchodzone tylko w Polsce przez psy wielorasowe, ogólnie miesiąc październik jest również miesiącem dobroci dla wszystkich Zwierząt. Tego dnia odwiedźcie schroniska - nawet jeśli nie planujecie adopcji zawsze można wspomóc wolontariuszy niepotrzebnymi w domu kocami, starymi miskami lub wszelkiego rodzaju ekwipunkiem, które pomoże zwierzakom przetrwać zimę. Dzień Kundelka jest dobrą okazją do zastanowienia się nad losem porzucanych zwierząt, traktowania ich przez psychicznych ludzi oraz nad tym co sami możemy dla niechcianych zwierząt zrobić =)

niedziela, 21 października 2012

Masterpiece



Sleek to firma bardzo popularna na youtube i blogach kosmetycznych. I nie dziwię się. Jeśli byłyście - podobnie jak ja - sceptycznie nastawione do tej firmy to możecie już nie być: te kosmetyki faktycznie są napigmentowane. Są tak napigmentowane, że sama nie mogę w to uwierzyć pomimo, że trzymam te kosmetyki w dłoniach i robię sobie nimi makijaż. Razem z siostrą jestem w posiadaniu trzech kosmetyków. Oto ich krótka recenzja:

Róż Flamingo dostałam rok temu i być może zobaczycie na zdjęciu jak niewiele go zużyłam. Jakby opisać ten kolor? Stwierdzam, że można sobie krzywdę nim zrobić. Kojarzy mi się z makijażami z filmu Moulin Rouge, Ditą von Teese albo karnawałem, kiedy to można z tapetą zaszaleć. Jest baaardzo intensywny, wystarczy mi na resztę 100 - letniego, wegetariańskiego życia. Ten kolor przyda się raczej ciemnowłosym, opalonym dziewczynom. Delikatne blondynki będą nim przytłoczone jeśli nieumiejętnie (czyt. za dużo) go nałożą. Świetny do zrobienia makijażu porcelanowej lalki (Halloween tuż tuż :>). Róż jest matowy, nie posiada drobinek. Używam go także jako cienia.

Paleta cieni Original jest cudowna! Odcienie są jesienne, poza czarnym wszystkie są błyszczące. Rozczarować może rozmiar oczek - są malutkie. Wcześniej myślałam, że są wielkości tych z Inglota, wyglądają jednak jak miniaturki. Ale pigmentacja jest mmmmm^^ Świetnie się rozcierają, długo trzymają. Naprawdę warte zachodu.

Czerwona szminka Vixen nie spodobała mi się - ma chemiczny zapach starego Poloneza, a tego nie cierpię w kosmetykach do ust, bleee. Akuratnie jestem w takim momencie życia, że lubię wszelkiego rodzaju pastele, rozmyte kolory, jasne przestrzenie i czystość poranka, a czerwone usta i paznokcie burzą mi ten krajobraz. Co nie zmienia faktu, że szminka jest trwała i także mocno napigmentowana. Używanie jej jest jednak męczące :(

Opakowania są bardzo zgrabne, małe, matowe i czarne z błyszczącymi napisami. Trwałe - na pewno nie popękają podczas podróży lub upadku. Zarówno róż jak i paleta posiadają duże lusterko zajmujące całą powierzchnię zamknięcia. Na początku miałam straszny problem z otwarciem swojego Flamingo <leeeszcz!>, jeśli mnie pamięć nie myli ze dwa razy złamałam paznokcia podczas używania go. No ale praktyka zawsze uczyni z nas mistrza. Paleta posiada gąbeczki na obu końcach długiego trzonka, ale nie używam tego elementu.

Miłego jesiennego makijażowania życzę :************** hugs & <3

sobota, 13 października 2012

Quality


Na wizażowym forum (TU aktualna, trzecia część tematu dot. firm bezpiecznych, nie testowanych na zwierzakach) często pada pytanie odnośnie perfum. Faktycznie idąc do Douglasa czy Sephory wybór mamy niewielki, gdyż większość zapachów znajduje się na liście firm testujących na zwierzętach. Nie wszystkie, ale jest to miażdżąca większość . . . Ale przydarzyła mi się w Warszawie fascynująca historia, która nas uratuje od problemu braku pachnących płynów. Czytajcie dalej:


Będąc z najmłodszą siostrą w stolicy kupiłyśmy 3-dniowe bilety pozwalające nam kursować po mieście każdym środkiem lokomocji. W niedzielny poranek miałyśmy w planach zwiedzanie Łazienek, jednakże przeszkodził nam w tym maraton - setki, jeśli nie tysiące ludzi biegło ulicą i torowało drogę ku naszemu celowi:
- Co robimy?
- Wysiadamy! Pojedziemy innym autobusem, potem wsiądziemy w ten sam, tylko w przeciwnym kierunku i wysiądziemy tu gdzie teraz stoimy. Pasi?

Pasowało. Tak się złożyło, że dojechałyśmy do CH Blue City na Al. Jerozolimskich. Weszłyśmy. Centrum jak centrum. Zauważyłyśmy jednak perfumerię Quality i nic już nas innego nie interesowało <3 Wbiegłyśmy tam niemal łamiąc karki, gdyż obie mamy duże nosy i lubimy wszystko wąchać. Od razu powiem, że jestem zapalonym perfumiarzem - świadczy o tym "Pachnidło" na półce i Angel w szafce ;) Żarciki na bok - jeśli chodzi o perfumiarstwo to jestem około 2-tygodniowym płodem. Ale kocham perfumy. Sprawia mi dużą przyjemność buszowanie po miejscu, gdzie mogę sobie za darmo aplikować aromaterapię. Mogę nie mieć szałowej kreacji, mogę obejść się bez makijażu, ale pachnieć choćby kremem do rąk lubię i wręcz muszę.

W perfumerii siostra zdecydowała się na Aziyade ze stajni Parfum d'Empire (zdjęcie u samej góry).


Dlaczego piszę o perfumerii Quality na moim zacnym blogu? Ponieważ nie kupicie tam zapachowych kitów sygnowanych nazwiskiem bibera czy zGagi. Będziecie w tym miejscu obcować z tzw zapachami niszowymi, które nie są promowane twarzami gigantów marketingowych tego świata, z zapachami tworzonymi dla koneserów, dla tych, którzy szukają czegoś więcej, którzy niuchając kolejną nowość w Douglasie stwierdzają, że "to już chyba było".


Zapachów jest miliony, nie wszystkie flakoniki zawierają odzwierzęce składniki typu piżmo, kastoreum czy ambra, czego dowodem jest flakonik na zdjęciu powyżej czyli Honore des pres Love coco, o którym czytamy, że nie zawierają substancji petrochemicznych, składników syntetycznych, barwników, ftalanów, i składników pochodzenia zwierzęcego. Ciekawe jak pachną?  

piątek, 5 października 2012

DZIEŃ ZWIERZĄT


poniedziałek, 1 października 2012

Vega Life w Amsterdamie


W sierpniu miałam okazję poszlajać się po holenderskiej stolicy, więc słuchajcie uważnie:


W budynku po prawej znajduje się Muzeum figur woskowych. Bilet odstrasza (30 erło), ale moja siostra była w tym muzeum tylko, że w Londynie i była pod wrażeniem. Może kiedyś, jak już nie będę miała nic lepszego do zwiedzania w pięknym mieście nad rzeką Amstel wstąpię tam?


KOCHAM kościoły gotyckie i zawsze do nich wchodzę. Do budynku powyżej weszłam i się lekko zdziwiłam - tuż przy drzwiach ustawiona była ogromna kasa, a za wejście trzeba było zapłacić 4 eu. W środku natomiast nie było ław dla wiernych tylko przeszklone gabloty. O rany - to muzeum! o_O' Holandia jest ateistycza i takie budowle wieją pustkami.



W Amsterdamie się nie zakochałam, ale lubię to. Jest to ciekawe miasto, ALE... Nie zachwyciłam się, lecz na pewno chciałabym wrócić. Miałam na zwiedzanie parę godzin. Pierwszym moim zakupem była mapa. To był zaiste cudowny pomysł, gdyż miasto jest entlikiem pętlikiem - bardzo dużo jednakowo wyglądających ulic, wszędzie kanały i kamienice. Nie wiedziałam gdzie mam iść. Po kupieniu mapy skierowałam się w pierwszą lepszą uliczkę, a tam... sex shop, coffee shop, sex shop, suveniry, sex shop, coffee shop itede.


- Ożeszku włoski. Cały Amsterdam tak wygląda??? - Zaniepokoiła się autorka.

Na szczęście skręciłam w jakąś boczną i wszystko wróciło do normy: New Yorker, Hema (baaardzo fajny sklep, znajduje się w niemal każdym mieście), Top Shop i takie tam znajome marki. Łaziłam sobie w te i we wte i dostawałam kręćka.



Co mnie urzeka w tym kraju to ciekawe dla oka zagospodarowanie roślinami nawet najmniejszego skrawka ziemi. Są to maleńkie dzieła sztuki. Gdyby Holandia miała zmieniać kolory flagi to na pewno zdecydowałaby się na zielony kolor ;)



Rowery, rowery, rowery! Jeśli mostów jest tu milion to rowerów jest bilion. Jest to najwygodniejszy, najtańszy, najzdrowszy, zajmujący najmniej miejsca, najszybszy rodzaj transportu. Na jednej uliczce, przyczepiony do barierki zobaczyłam zardzewiały i powyginany rower, którego nikt nie odczepia. Po prostu tam jest jako znak charakterystyczny. Właściciel albo o nim zapomniał albo zmarł.



Jako wybitna organizatorka imprez przygotowałam sobie listę adresów ze sklepami dla wegetarian. Okazało się, że jeden z nich jest niedaleko dworca, w rejonie, którego starałam się trzymać coby nie zbłądzić. O bogowie! Znalazłam Cię sklepie Vega Life! Ale... Chwieczkę... Co ja widzę? O nieee - jesteś zamknięty!!! Moja wycieczka miała miejsce w niedzielę i sklep o którym marzyłam był dla mnie nieosiągalny. Można w nim kupić przede wszystkim ciuchy, trochę kosmetyków (przez szybę rozpoznałam Barry M i Laverę), literaturę, coś dla swoich zwierzaków. Wszystko organiczne, eko, nie testowane na zwierzętach, fair trade.



W planach miałam zakup butów na zimę. No niestety ominęła mnie wyprzedaż, nad czym ubolewam . . .


Nie wiem co to znaczy slager. Mam w planach zapisać się na kurs holenderskiego. Język jest dziwaczny, ale ma swój urok, bardzo lubię słuchać rodowitych Holendrów. Spotkałam się ze skrajnymi opiniami - że jest bardzo trudny język oraz, że jest całkiem łatwy.


Adres tego sklepu to Singel 110. Znajduje się niedaleko dworca kolejowego (Centraal). Na piechotę się dojdzie w 20 min jeśli wiemy w którą stronę iść. Ja nieco błądziłam, ale to z racji mojej pierwszej wizyty w tym ogromnym mieście. W 5 godzin zobaczyłam naprawdę niewielki tylko skrawek. Myślę, że na zwiedzanie europejskich stolic należy zorganizować sobie tydzień. 



Holandia jest ciekawym krajem. Amsterdam jest nieco szalony. Główną atrakcją jest oczywiście Ulica Czerwonych Latarń, z paniami lekkich obyczajów w oknach. Robiłam naprawdę wiele, żeby tam nie trafić. Na końcu owej ulicy jest kościół, ale nie wiem jakiego wyznania. Czy wiecie, że w Amsterdamie jest odpowiednik Czerwonej tylko, że dla pań? Jest to Ulica Niebieska, a w oknach stoją panowie lekkich obyczajów. Jeśli lubicie seks to zainteresują Was takie miejsca jak Muzeum Seksu i Condomerie - pierwszy na świecie sklep z gumkami. Zapach marihuany unosi się w powietrzu - jeśli wejdziecie w jakąś wąską uliczkę z knajpami gdzie się jara i akurat otworzą się do niej drzwi to zobaczycie zawiane nastolatki i słodki zapach narkotyku. Można się odurzyć od chodzenia po takich ulicach, nie trzeba nic kupować. Biorąc pod uwagę panoszące się wszędzie burdele i natłok zioła, które niemal leży na ulicach Holendrzy nieco lekceważąco traktują swoją stolicę. Oficjalnie jest to Amstedam. Nieoficjalnie - Haga, gdzie znajduje się siedziba królowej oraz parlament.

Chciałabym wrócić do tego miasta. Interesuje mnie m.in. Muzeum Anny Frank do którego ustawiona była spora kolejka. Kocham malarzy niderlandzkich więc na pewno zaatakowałabym kilka galerii, w tym Rijksmuseum (Narodowe), gdzie jest mój ulubiony Vermeer. W liceum naoglądałam się obrazków w książkach. Zaufajcie mi - oglądanie obrazu na żywo, w galerii powala mnie na kolana. Muuuszę oczywiście zobaczyć rzeźbę przedstawiającą ogromny biało czerwony napis: I AMSTERDAM :)

----------------------------------
gers pardoel ik neem je mee
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...