środa, 26 grudnia 2012

To był świetny rok!

Kolejny rok zaliczony!

Kwalifikuje się do całkiem udanych - fajne imprezy, przyjemna praca, cudowne i szlachetne jednostki ludzkie na mojej drodze. Ale też musiałam się nieźle łokciami rozpychać, bo zdarzało się, że w sielskim klimacie niektórzy robili wokół mnie sporo smrodu. Przyznać muszę, iż w 2012 chyba zrobiła się ze mnie niezła bicz, ale nie traktuję tego jako wady. Po prostu z kluchy zrobiłam się bardziej pyskata, mam więcej ciekawych kwestii do powiedzenia i nie wstydzę się nazywać rzeczy po imieniu - nie za Twoimi plecami, ale prosto w twarz. Stać w miejscu całe życie nie wypada. Doceńże mnie człowiecze. 

Zwiedziłam 3 europejskie stolice. Zarobione pieniądze wydawałam chętnie, bo do tego one służą. Mam uczucie, że czas nie przepadł niewykorzystany, co zdarzało się w latach poprzednich. Kiedy była okazja do picia - piłam. Gdy była okazja do odpoczynku - byczyłam się za troje. 
Ogólnie to mam wrażenie, że nie tak dawno jeszcze byłam młoda i głupia jak średniowieczny trzewik. (Wniosek może się nasunąć taki: teraz jestem stara i średnio mądra =) ) Cieszę się, że czas mija, to jedyna pewna rzecz na świecie. Najdurniejszy okres mojego życia to 20 lat i to co się działo przed. Z czasem jest tylko lepiej. Nie chciałabym wrócić do czasów mojej młodości, co za nudny, hormonalnie dołujący okres!


Debeściaki roku tu tałsend & 12

Prometheus - film sf Ridleya Scotta obejrzałam 6 razy. Pierwszy seans był masakryczny i zaliczyłam film do rozczarowania dekady. Dopiero <ten film> pojaśnił mi kilka kwestii i całość nabrała jako takiego sensu i teraz nie mogę się doczekać kontynuacji. Swoją drogą bardzo lubię kino, gdzie ludzie lecą na drugi koniec kosmosu (Avatar, Alien) i nadziewają się na ufoki (do Muldera i Scully mam słabość od dziecka). Wiedzieliście, że androidy w cyklu Obcy mają imiona rozpoczynające się od pierwszych liter alfabetu? Ash, Bishop, Call i prometeuszowy David (ostatniego ogłaszam moim ulubionym robotem ever) :3 Genialne zakończenie ma ten film ( "My Name is Elizabeth Shaw, last survivor of the Prometheus, and I'm still searching). 

Kolejnym dobrym posunięciem był zakup biustonosza za 100 złych, czyli przyrost cycków. Kupiłam nawet dwa. Poprawiły mi kształt, mogę teraz je pokazać na pokacycki.eu ... Nie, nie pokaże! :D Bardzo dobra inwestycja, którą Wam polecam. Akurat trafiłam na świetną braffiterkę, której wystarczyły dwa rzuty okiem na mój biust, żeby znaleźć odpowiedni dla mnie rozmiar. Okazało się, że mam nie B lecz C (cycolina), a nieodpowiednie biustonosze, noszone od 12 roku życia spowodowały, że biust miałam pod pachami i na plecach (zgarniałam go przez następny miesiąc po tych udanych zakupach). 

Kolejny hicior to żółty lakier China Glaze Lemon Fizz i malowanie czarnym linerem smiley face lub emotikonków. Baaardzo prosty, pobudzający i energetyczny wzorek. Fajny na długich i krótki płytkach, lol. Mała rzecz, a cieszy. Serio mówię! 

W ciągu ostatnich lat zmieniłam ubarwienie. Noszę teraz barwniejsze piórka czyli po prostu kolorowe ciuchy. Z czarnym już się rozstałam chyba definitywnie. Transformacja następowała długo, ale jakoś tak w tym roku ludzie częściej to dostrzegali (wkońcu!). Lubię czarny kolor, ale mnie dołuje. Zmiana szafy nastąpiła po tym jak zmieniłam swoje nastawienie do ludzkości - teraz jestem wesoły, nie do końca poważny człowiek. Kiedyś miałam czoło chmurne i frasobliwe myśli, wszystko mnie stresowało, czytałam Micińskiego. Nie byłam zbuntowaną nastolatką. Ja się nie miałam przeciwko czemu buntować. Ubierałam się jak chce, a to, że akurat wtedy fascynowała mnie muzyka metalowa (do dziś nie za bardzo się to zmieniło) to ubierałam się pod metalową publiczność pod sceną. Dziś pewnie musiałabym pożyczyć czarne ciuchy od sióstr, bo nie wiem czy znalazłabym odpowiednio mroczną garderobę na koncert :>

W tym roku zaczęłam ćwiczyć jogę, którą uprawia na youtubie Tara Stiles, czyli ból kręgosłupa mnie nie dotyczy. Jest to moje tysiąc-pięćset-sto-dziewięćsetne podejście do jogi. W nadchodzącym roku zapiszę się na jakieś zajęcia z tego przedmiotu, bo ćwiczę zbyt szybko i nie wiem czy dobrze oddycham. 

Euro 2012 - jarałam się tym strasznie, a teraz nawet nie pamiętam kto grał w finale :/ Fajne to było. Wszystkie mecze oglądałam w Holandii, pierwszy mecz Polaków razem z grupą współlokatorów - Polaków i jednym Holendrem. Gdy padł pierwszy gol to zawyliśmy z zachwytu. Holender żałował, że nie filmował naszej reakcji :) Lubię to. 

Sto butelek na ścianie Porteli - świetna lektura! Dała mi kopa, a nawet spisałam z niej ze dwa cytaty. Ostatnio czytam niechętnie (Sto diabłów Kraszewskiego męczę od dwóch miesięcy, a jestem na 36 stronie, dżizas, chyba jestem chora...)

29 lutego 2012 zrobiłam swój pierwszy tatuaż ^o^- moje maleństwo to hit roku! Tego mi było trzeba. Żyje się tylko dwa razy - przed i po zrobieniu tatuażu. Róża jest na udzie - mam motywację, żeby dbać o ciało, żeby prezentowała się korzystnie (za każdym razem jak stoję przed lustrem to lustruję się pod odpowiednim kątem, żeby się na nią gapić). 

Plany na nadchodzący rok: przeprowadzka, wycieczka do Paryża (bo Paryż jest zawsze dobrym pomysłem), nauka holenderskiego, mooooże wyjazd do Stanów. 

W nowym roku życzę, aby omijały Was końce świata i sex afery z Waszym udziałem, dużo pieniążków i mało pracy, abyśmy dożyli chwili w której człowiek stanie na Marsie, bo już trochę ciasno u nas.




Peace!
Moja karykatura wykonana przez Anię gdy chodziłyśmy jeszcze do liceum. 



sobota, 22 grudnia 2012

Ink not mink

via facebook

Ink to tatuaż. Mink to futro z norek. Zdjęcie powyżej pochodzi z kampanii PETA - wytatuowani ludzie pokazują swoje ciało chcąc tym samym pomóc zwierzętom zachować swoją skórę. Do akcji dołączają sławy, które kochają zwierze, w wywiadach mówią o tym co się dzieje zanim futro zostaje ściągnięte z norek.

A podam Wam filmik LINKin Park Film tylko dla dorosłych. Chester opowiada o co mu chodzi i dlaczego przyłączył się do akcji. 

wtorek, 18 grudnia 2012

I wszystko jasne

Mieliście do czynienia kiedykolwiek z czymś co działa aż za dobrze? Z produktem zbyt doskonałym, aby był prawdziwym? Nie? To kupcie sobie pastę do zębów Dr.Organic Tea Tree! 

Ta pasta jest po prostu okropna! :) Tak mocna, że aż pali paszczkę. Jeśli znacie smak czarnych Hallsów, granatowego Mentosa albo klasycznego balsamu do ust Carmex to macie delikatny posmak tego co poczujecie w ustach podczas wieczornego mycia oralnego Doktorem Organicznym. 

Oczywiście jest to dobra pasta. Jedna z lepszych jakie miałam. Ale zbyt mocna! Używanie jej to prawdziwa nieprzyjemność... 


DIY płyn do ust:

Używam jej znikomą ilość na szczoteczkę (wydajność pierwsza klasa), dlatego pasta mi praktycznie nie ubywa. Ponieważ jej używanie jest męczące zrobiłam sobie z niej płyn do płukania ust: 
- około 2 łyżeczki pasty (wycisnęłam mniej więcej tyle)
- szklanka przegotowanej wody (destylowana - czemu nie?)
Poczekać aż pasta nasiąknie wodą, zamieszać, wlać do butelki po płynie do ust, płukać. Na dnie zbiera się osad więc przed płukaniem należy butelczyną wstrząsnąć. Wystarczy na około 2 tygodnie. Używam płynu głównie po wypiciu kawy i herbaty, żeby od razu usunąć osad z zębów - ten sam, który barwi białe kubki osiada nam na płytce i odbarwia ją. 


Dr.Organic to marka dla wegetarian i wegan, nie testuje oczywiście na zwierzętach. 100 ml pasty posiada w składzie olejek z drzewa herbacianego, mentol, aloes, mech islandzki, krzemionkę. Te składniki mają działanie antyseptyczne, wybielające i przeciwpróchnicze.

Podobnie jak większość produktów tej marki nie zawiera SLS, konserwantów, parabenów, barwników, perfum.

Ale... chyba nie polecam x__X '' Jeśli ją kupicie i polubicie to potem każda inna pasta będzie dla Was zbyt słaba. 

piątek, 14 grudnia 2012

Mafia dla psa

Rysiek z Klanu powraca do gry ^^ Kliknijże człowieku ku swej uciesze.

A z działu ciekawe zagospodarowanie klatki schodowej zaprezentuję Wam pomysł jaki znalazłam na stronie oddee.com Ogłoszenie zapraszające na happening  Zerwij psa z łańcucha pojawiło się tylko na terenie Warszawy. Ciekawe dlaczego dowiedziałam się o niej z amerykańskiej strony <duży pytajnik>


niedziela, 9 grudnia 2012

HERBATA PUKKA

EDYCJA 10 11 2017: PUKKA należy do koncernu unilever.



To jest moja herbata no.1 - Pukka Three Ginger mająca na celu rozgrzać moje zmarzłe kończyny i podnieść mnie na duchu, hihi. Ajurwedyjska (czyż to nie piękne słowo?). W smaku jest wspaniała - rozgrzewa jakby była z prądem, drapie gardło jak chilli. Naprawdę! :D

Jest droga. W Oslo zapłaciłam za te 20 saszetek 50 koron, podczas gdy w Polsce, ku wielkiej mojej radości, widziałam w sklepie stacjonarnym Pukkę za (tylko?) 21 złotych. Warto było zainwestować tyle kasy w Norwegii. 

Z 20 saszetek można zrobić 40 posiedzeń, bo mocna jest i bogata - dla mnie zbyt mocna dlatego z jednej saszetki robię dwie filiżanki.
Następnym moim zakupem będzie coś uspokajającego, bo znowu bezsenność mnie męczy <_<
Zaprawdę powiadam Wam bezsenność to mój Arcywróg. Walczę z nim odkąd pamiętam. 


Skład: imbir 51%, galanga 20%, lukrecja, kurkuma i naturalny ekstrakt imbirowy. Tyle! Bez kofeiny, składniki pozyskane z etycznych upraw, wyhodowane w sposób organiczny. 

Na zdrowie!




Jakaś kaczka na operze w Oslo

wtorek, 4 grudnia 2012

Co można zrobić z lakierem do paznokci?

Post lakierowy. Kilka zastosowań niekoniecznie bezbarwnego:

Ponoć usuwa kurzajki. Trzeba je smarować przez tydzień i zejdą. Nie wiem, nie miałam, nie korzystałam.

Ozdobimy nim wypukłą powierzchnię np bombki, kieliszka lub kamienia - trzeba wylać po kropelce kolorowe lakiery na miskę z zimną wodą - drugą kropelkę lejemy na pierwszą, trzecią pośrodku poprzedniej itd. Wzorek można rozmazać szpilką lub wykałaczką. Do pływającego wzorku trzeba przyłożyć wybrany przez nas przedmiot. Efekt końcowy powinien przypominać ten jaki panie otrzymują wykonując na paznokciach water marble nails. Nie wiem czy lakier przyklei się do każdej powierzchni.

Gęstniejącym lakierem zakleisz kopertę. Metoda przydatna podczas rozsyłania 100 zaproszeń na ślub. Gruba warstwa lakieru może pofalować papier. Lepiej zrobić kilka kropeczek, poczekać aż lekko przeschną i docisnąć papier.

Fluorescencyjnym, błyszczącym w ciemności zrób kropkę na najczęściej używanym guziczku pilota do tv lub zaznacz pstryczek do światła, który trudno wymacać w ciemnym pokoju.

Ciemno zielonym odrestauruj literki scrabbli, zwłaszcza kropki i kreski. To samo można zrobić na telefonie.

Kropeczką zaznacz zabawki dziecka - będzie znakiem rozpoznawczym w piaskownicy. Jest to dobry sposób, gdy rodzeństwo bije się lub kłóci o to, który samochodzik jest czyj.

Ostry zapach lakieru ocuci tracące przytomność osoby.

Jeśli w solniczce jest za dużo oczek i sypie się z niej zbyt obficie - zaklej jedną lub dwie dziury.

Stojąc pod prysznicem można stracić sporo wody ustawiając odpowiednio pokrętła. Zaznacz na kranie miejsce, które nagrzewa odpowiednią dla Ciebie temp. wody.

Zapałki nie zamokną jeśli główki zanurzy się w lakierze. Przydatne podczas biwakowania.

Osoby uczulone na biżuterię niech pomalują bezbarwnym część, która dotyka skóry. Lakier zapobiegnie czernieniu sprzączek i guzików jeśli pokryje się je jedną warstwą. Jest on też świetną farbą - starą, tantetną biżuterię można pomalować tak jak paznokcie np metodą ombre.

Buteleczkę po lakierze i pędzelek umyj dokładnie zmywaczem do paznokci i napełnij ją olejem rycynowym - maluj nim paznokcie. Olej je wzmocni.

Posiadacze kilku kluczy niech pomalują okrągłą część rozpoznawalnym kolorem.

Metalowe opakowania kosmetyków mogą rdzewieć i zostawiać ślad np na wannie. Trzeba spód posmarować warstewką koloru, którego nie lubimy - i tak go nie będzie widać.

Małe, pękate buteleczki po zużytym lakierze będą fajną ozdobą na choinkę - trzeba butelkę pomalować (celem zakrycia napisu), wywalić trzonek z pędzelkiem, na szyjce przewiązać nitkę i kokardkę.

Czerwonym lakierem pomaluj podeszwy czarnych szpilek. Zamszowe buty odrestauruj za pomocą lakierów i gąbeczki do makijażu np w galaktyczny wzorek, a starty czubek baletków (balerinek?) zamaluj np na czarno.

Żart na prima aprilis: pomaluj bezbarwnym mydło w kostce, które leży w łazience - nie będzie się pieniło.

Cienkim pędzelkiem i wybranym kolorem lub jakimkolwiek linerem napiszcie na patyczku od lodów nazwę roślinki, której nasionka właśnie zasadziliście. Po wyschnięciu wbijcie w ziemię.

Jeśli macie buteleczkę lakieru, którą trudno otworzyć - przemyjcie szyjkę zmywaczem i nasmarujcie ją wazeliną/olejem/kremem - lakier nawet jeśli jeszcze poleje się na zewnątrz szyjki łatwo się oklei. 

wtorek, 27 listopada 2012

Mordka


Kilka słów o kilku produktach


 Skin Food


Maseczka Rice Mask Wash Off jest sympatycznym dziwadełkiem - mask znaczy, że trzeba ją nałożyć, trochę potrzymać na twarzy i zmyć, ale opakowanie nakazuje mi nałożyć, trzeć twarz i zmyć.
Czyli peeling ( ' _ ' ?)
Sam produkt nie jest godny. Smakuje chemią (niechcący liznęłam podczas mycia fejsa) i pachnie przyjemnie chemią. Zawiera chemię. Podobno zapycha. Nazwa firmy jest wg mnie nietrafiona - miałam wrażenie, że jest to naturalny produkt, który można jeść. A tu lipa.
Kosztował sporo, ale nie robi praktycznie nic ze skórą twarzy. Ot, sympatyczny gadżet z Korei, który spodoba się fankom mangi, anime, gyaru i kanału Azjatycki Cukier.
Bardzo podoba mi się opakowanie - niezbyt duże i nietypowe, na pewno spowoduje zagracenie mojego pokoju, ponieważ nie pozbędę się go (tego typu gadżety służą mi w podróży - przelewam do nich ulubione kosmetyki, których opakowania nie mieszczą się gabarytowo w torbie).


Mistrzostwem Świata jest za to krem BB Mushroom Multi Care ( = ^.^ =) i pozwolę sobie postawić go na ringu razem z różowym Skin79 (walka stulecia poniżej)

W sieci jest dużo recenzji na temat różnych kremów bb, poczytacie skrajne opinie. Ja napiszę Wam kilka rzeczy od siebie. Główną propagatorką kremów BB w Polsce jest Azjatycki Cukier. Kompletnie nie kumałam co to takiego więc oświeciła mnie siostra - te kremy tworzone były najpierw dla osób, które miały blizny po wypadkach, używano ich w szpitalach, było to lekarstwo na przyspieszenie kuracji. Dodatkowo przykrywały te blizny i zasinienia. Praktycznie każdy krem BB z Azji jest jasny. Ale jeśli chcecie coś ciemniejszego to Sleek może Was zadowoli <link>


I teraz tak: Jestem już duża dziewczynka i nowość kosmetyczna na rynku nie powoduje u mnie chęci rodzaju muszę-to-mieć-bo-jak-nie-to-oszaleję. 10 lat temu ten krem by mną wstrząsnął, ale dziś moja recenzja jest raczej stonowana i bez zbędnych emocji - ot uraczono mnie lekkim kremem z filtrem, maskującym przebarwienia, minimalizującym płytkie zmarszczki i ... fajnie jest!

FIGHT!

W jednym z narożników grzybek Skin Fooda może pochwalić się lepszym opakowaniem - tekturową, jakby z recyklingu nakrętką, tak więc jeśli produkt zmierza ku końcowi łatwo rozciąć miękką tubkę i wygrzebać krem do ostatniej kropelki. Opakowanie różowego, który stoi w przeciwległym narożniku, jest solidne, ale można je rozwalić siłą bicepsa rosłego Męczyzny i ściągnąć różową warstwę - widać wtedy ile kremu jest jeszcze w środku, srebrny napis niestety szybko się ściera. Kremy są wydajne, lekkie, łatwo się rozprowadzają, nadają cerze zdrowy wygląd i blask. Sędzina jednak zwycięzcą ogłasza Skin Food'a. Why? Oba produkty są bardzo podobne, ale grzybek ma śliczny zapach i trafniejsze opakowanie, kremu jest o 10 g więcej niż w różowym. 



Dlaczego lubię krem bb? Jestem dziwną kobietą i im mniej kosmetyków mam dookoła siebie tym lepiej. Strasznie denerwują mnie zakupy! Nie rozumiem jak to możliwe, że kogoś to odstresowuje. Krem bb to dla mnie:
- korektor (dwie warstwy i mam zakryte cienie pod oczami),
- krem z filtrem (jeden 20 SPF, drugi 25),
- baza pod cienie,
- lekko nawilża, więc mogę zapomnieć kremu nałożyć przed tapetowaniem,
- fajnie zastąpi cielistą szminkę.

Dlaczego nie lubię? Mam cerę tłustą i zasyfiło mnie akurat w momencie w którym zaczęłam używać różowego bb, więc... Zmywam olejem i chyba to jest najlepsza metoda, więc...
Wampiry chyba nie będą zadowolone choć przeczy temu Kicia Wampirzyca, która posiada kremy bb <link>
Ogólnie: lubię ten kosmetyk, ale na kolana nie powala. Przypomina mi podkład równoważący Inglota (biała tubka z czarną zakrętką) - jest tańszy, dostępny i koniec końców otrzymamy bardzo podobny, makijażowy efekt.

EDYCJA Ten post jest totalnie nieaktualny!

niedziela, 25 listopada 2012

DZIEŃ BEZ FUTRA

Dzień ten jest obchodzony w Polsce od 1994 roku i nie ma odpowiednika na świcie... Tzn na pewno jest, ale inaczej się nazywa. Wklikajcie sobie hasło w google. Ja tu drastycznych rzeczy nie pokazuję.

Natknęłam się dziś na stwierdzenie, że prawdziwe futra mają coraz więcej zwolenników, są to osoby coraz młodsze. Stałymi klientkami sklepów, gdzie można nabyć futro z norek zostają coraz częściej młode, niespełna 30-letnie kobiety. Dziwi mnie to biorąc pod uwagę fakt, że klimat się ociepla (w Polsce 30 stopniowych mrozów nie było ho ho, albo i dłużej), a ludzie nie decydują się z własnej woli mieszkać na stałe, na północy Norwegii. Prawdziwe futro powinno ochronić przed zajedwabistym mrozem pachnącą rybim tłuszczykiem Eskimoskę, a nie pomykającą na szpilkach po odbiór kolejnej Grammy, mieszkającą bodajże w Los Angeles, jej muzyczną niskość jennifer lopez. Może powinniśmy się cieszyć, że stać ją dziś na takie futro? W końcu za młodu miała ciągle pod górkę.

Co - jeśli nie szpanerstwo i manifestacja bogactwa - powoduje, że kobiety decydują się na zakup drogiego jak carskie jajca futra? Może nie miałabym nic przeciwko temu, gdybym przeczytała w jakimś artykule, że norki są trzymane w królewskich warunkach i zabijane szybko i bezboleśnie (w końcu media mówią mi tylko całą prawde i tylko prawdę). Może nie miałabym nic przeciwko temu, gdybym nie obejrzała filmu dokumentalnego Ziemianie, a konkretnie fragmentu w którym w Chinach futra są żywcem zdzierane ze zwierząt. Ludzie - te zwierzęta ciągle ŻYJĄ i zostają wyrzucane na stos obdartych już zwierząt, które również ŻYJĄ ... Jak można tolerować noszenie futer w umiarkowanym klimacie? Kurtka ze sztucznego materiału jest nieekologiczna i rozkłada się tysiące lat? Lot samolotem też jest nieekologiczny, a mimo to decydujemy się na ten środek bo szybciej i taniej.

Słyszałam historię, że pewien Eskimos polował na fokę. Ideologia zabijania tego ludu polega na tym, żeby zwierzę nie cierpiało przed śmiercią (jestem w stanie to zrozumieć - też mnie śmierć czeka, nie chciałabym, żeby ten stan zaliczony został do agonalnych). No i ów człowiek zamachną się toporkiem jakoś niefortunnie i źle trafił w głowę foki. Ponoć dopadła go z tego powodu depresja - że spartaczył ostatnią chwilę na ziemi tego zwierzęcia.

Ciekawa dyskusja rozwinęła się na moim ukochanym ostatnio blogu zapachowym Sabbath of Senses, dotyczącym zapachu do zapakowania którego wykorzystano futro z lisa (friendly fur fragrances). Polecam przeczytać.

Nie polecam zakupu prawdziwego futra - będzie Wam gorąco i nie mówię tylko o negatywnych emocjach jakie polecą w Waszą stronę od rządnych krwi aktywistów.



poniedziałek, 19 listopada 2012

Oslo, czyli gdzie to ja nie byłam

Oslo! Norwegia! Zespół metalowy Emperor! I sklepy z naturalnymi kosmetykami!

Po wielu latach marzeń o stolicy Norwegii moja odziana w glana stopa stanęła w tym pięknym, ekologicznym kraju. Fajnie jest realizować marzenia. Odfajkowałam jedno na liście i ... nic. Trochę czuję się nieusatysfakcjonowana (za dużo oczekiwałam?), zawiedziona (za mało wikingów na ziemi wikingów?), nieszczęśliwa (no przecież zobaczyłaś z bliska Norwegów!) itede itepe. Zacznę od tego, że... boję się latać samolotem T_T ' <przełyka ślinę> To jest najgłupsze uczucie na ziemi! Człowiek jest stworzony do tego, aby łazić twardo po ziemi. Jestem chyba typem klechy, który wytyka palcem G.Bruna i Kopernika za ich głupie pomysły, że o pionierach lotnictwa nie wspomnę... Może to kwestia przyzwyczajenia się do latania. Ja się czułam nie na swoim miejscu, nie w swoim czasie. Yh!

No ale doleciałam, byłam w Oslo 4 dni i co zobaczyłam to moje!



Miasto jest naprawdę piękne. Zwłaszcza nocą. A zwłaszcza jego reprezentacyjna część czyli ulica Aker Brygge, na którą prowadzą chyba wszystkie linie komunikacji miejskiej. Kupiliśmy bilety jednodniowe, pozwalające na poruszanie się wszelkiej maści środkami lokomocyjnymi. To jest najlepsza dla mnie część: siedzieć w samochodzie/tramwaju/pociągu/autobusie i gapić się w szybę.



Port jest cudowny! Powietrze czyste, rosa jak balsam. Zauważyłam, że mimo, iż siedzieliśmy w samym centrum stolicy to ludzie są spokojni, nie rozumiesz co mówią, więc nie zdajesz sobie sprawy czy przeklinają, nie ma chaosu i hałasu, pomimo, że tramwaje i autobusy jeżdżą kilkadziesiąt metrów dalej. Słońce świeciło mocno pierwszego dnia naszego tam pobytu. Idealne chwile. Bliskość wody mnie uspokaja.


Przypatrzcie się temu statku poniżej. Zauważyliście na jego dachu symbol Rzeszowa? ^o^ Szklana kra na pierwszym planie jest elementem najpiękniejszego budynku jaki dotąd widziałam, mianowicie gmachu opery. Ludzie - to jest prawdziwa sztuka! Miejsce idealne, surowe, nieprzyjazne dla człowieka, odzwierciedlające stan natury, który na pierwszy rzut oka wydaje się nie poruszać, ale podlega czasowi i dość szybkim jak na ruch przyrody zmianom, czyli góra lodowa. Architekt tego miejsca jest geniuszem.
P.S. zajrzyjcie koniecznie do toalety, nawet jeśli zew natury Was nie porwie - ciemna grota jaskini. Bezpłatna (jeśli zew Was porwie).




Do rzeczy. Poszlajaliśmy się to tu to tam i dzięki temu trafiłam na sklepy typu eko :3

Pierwszy z nich - LIFE - znajduje się na ulicy Akersgate, niedaleko ulicy, która prowadzi do zamku królewskiego i wygląda z frontu o tak:



Kupić tam można kosmetyki Jason, Lavera, Weleda, herbaty i przede wszystkim tabletki i suplementy diety. Sklep warty zobaczenia jeśli jest się eko świrem. Na pewno coś się w nim dla nas znajdzie. Pod warunkiem, że posiadamy sporą ilość gotówki - Oslo jest jednym z najdroższych miast świata.
Niewiele metrów dalej, na ulicy Grensen, która jest boczną Akersgate odnalazłam podobny do poprzedniego sklep SUNKOST.
W którymś z tych dwóch kupiłam herbatę o której niedługo napiszę, cobyście wiedzieli, że warto kupić, gdyż jest niczem ambrozja.


Kolejnym sklepem był skromny i ciasny LAVPRIS HELSEKOST, na ulicy Bogstadveien (przez tą ulicę przejeżdża tramwaj nr 19, niedaleko znajduje się jeszcze jeden LIFE). Asortyment podobny do poprzedników.


Deser na koniec! Prawdziwą świątynią dla eko świrów jest HELIOS COLOSSEUM naprzeciwko lodowiska, tuż przy parku Vigelanda. Bardzo duży shop z ciuchami, kosmetykami, żarciem, gadżetami do herbaty, perfumami i co tam jeszcze. Koniecznie zajrzyjcie jeśli akurat będziecie przelatywać samolotem ;)



No więc dlaczego jestem niezadowolona po zrealizowaniu jednego z marzeń? Może dlatego, że każda stolica świata jest do siebie podobna? Te same sklepy z ciuchami, jakiś zabytek, jakiś budynek, w którym mieszka szef państwa + biznesowe wieżowce. Z jednej strony jest to ciekawe, ale z drugiej... Prawdziwa Norwegia znajduje się poza granicami Oslo, podobnie jak prawdziwa Polska jest poza Warszawą. Chyba już mam trochę dość kafejek przy głównych ulicach, gdzie kawa kosztuje 50 zł i wszędzie roi się od obcokrajowców. Nie pogadasz -_-

czwartek, 8 listopada 2012

Certyfikat BDIH


Dresdner Essenz to niemiecka firma założona w 1910 roku produkująca kosmetyki do łazienki. W drogerii DM znalazłam w promocji Dreck Spatz - dwa płyny do kąpieli. Jeden za 95 centów^^ Kupiłam je ze względu na opakowanie - butelka jak na benzynę. Dreck to błoto, spatz to wróbel. Mamy więc brudnego wróbla, z tym, że pierwsze słowo jest skreślone. Czyż to nie uroczo-słodko-kochane? <3<3<3<3 Akurat ta linia przeznaczona jest dla dzieci powyżej 3 roku życia (geeignet fur Kinder ab 3 Jahren). Płyny są bombowe! Barwią wodę na zielono i żółto. Nie są gęste, mają natomiast bardzo intensywny kolor barwnika do tkanin i pachną dziwacznie: zielony jak... ło jeżu, do czego to porównać? Niby jakieś zioła albo las, ale to nie to, bo jest słodkie. Pomarańczowy ma zapaszek nieco chemiczny (nie: petrochemiczny), jak jakiś olejek do ciasta na święta, sztuczna wanilia - coś w ten deseń. Na pewno każdemu się skojarzy z czymś przyjemnym i niezdrowym z dzieciństwa (siostrze z oranżadą Hellena i cukierkami Shock :) ) Wolę zieloną flaszkę. Pomarańczowa barwi wodę na kolor, który kojarzy mi się z moczem :/

Produkt posiada mój ulubiony certykikat BDIH i w następnych linijkach nastąpi jego pojaśnienie. Warto pamiętać, że jeśli jakiś kosmetyk ma jakiś eko certyfikat to nie oznacza on automatycznie, że produkt jest czysty od wszelkiego rodzaju świństwa. Czasem certyfikat zezwala na konserwanty, testy na zwierzętach mogą być przeprowadzone na etapach produkcji (Ecocert wymaga, aby jedynie końcowy etap nie był testowany). Nie wszystkie produkty jakiejś firmy posiadają znaczek BDIH. Mam dużo kosmetyków Alverde, ale poniższy znaczek widnieje na jednej tylko tubce (krem do twarzy).








BDIH to jeden z częściej spotykanych certyfikatów na półkach kosmetycznych. A jest moim ulubionym ponieważ gwarantuje, że posiadany kosmetyk:
> na żadnym etapie produkcji nie był testowany na futrzakach,
> nie stosowano surowców pochodzących z ciał martwych zwierząt,
> nie użyto surowców otrzymanych w wyniku destylacji ropy naftowej,
> opakowanie jest ekologiczne i pochodzi z recyclingu,
> proces produkcji nie naruszył środowiska naturalnego.

BDIH jest więc certyfikatem dla wegetarian.

Zgrabne zdjęcie składu Wróbelka



Firmy kosmetyczne posiadające certyfikat BDIH to m.in.:
Lavera
Logona
Sante
Weleda
Alverde
Alterra
Dr. Hauschka
Khadi

Czerpałam ze strony: zdrowe kosmetyki

sobota, 3 listopada 2012

Love Krove

. o O o .



Lepiej mieć zdziecinniały charakter niż zgrzybiały - myślę sobie patrząc na łaciaty wzorek =) Jak byłam nastolatką to nie robiłam tego typu rzeczy (lepiej późno niż później). Byłam strasznie poważna 10 lat temu, teraz już mi się nie chce :)


Mam dużo zdjęć na pen drivie i nie wiem czy wszystkie zobaczycie. A to dlatego, że ledwo zdążę odejść na bezpieczną odległość od kasy, nacieszyć się kosmetykiem i zrobić mu zdjęcie, a już się dowiaduję, że "firma została przejęta przez taki i taki koncern". Ale zdjęcie kosmetyku zostawiam - może się przydać. Robię zakupy rzeczy nie testowanych na zwierzętach i jedzenia, które nie należy np do danone, ale powiem Wam w sekrecie, że świadome kupowanie jest trudne jak chodzenie w szpilkach po plaży.


Nie znaczy to, że się zniechęcam! Takie kupowanie trochę mi pomogło w odgraceniu mojego życia. Był taki program kiedyś pt Muszę to mieć. Ja bym zrobiła program pt Nie muszę tego mieć. Bo trochę tych rzeczy chyba mam...

Miałam kiedyś korektor pod oczy. Kupiłam go ponieważ w gazetach dla kobiet pisało, że należy mieć to coś w kosmetyczce. Czy go potrzebowałam? Nie wiem, ale zainwestowałam. Jakiś czas temu robiłam sobie rano makijaż, sięgnęłam po korektor i myślę, że skoro go mam no to już go nałożę. Chmolnęłam go w końcu na gnój, bo nie mogłam wykończyć przez 3 lata. Zrobiło się luźniej w kosmetyczce.


Jakieś dwa tygodnie temu wywaliłam z pokoju szafkę, która gromadziła duperelki, biurko przeniosłam do pokoju z którego wywaliliśmy inne biurko. Pokój pomalowałam na biało i czekam na komodę z 4 szufladami, która ukryje "niezbędne do życia graty" typu bielizna i papiery stwierdzające, że mam konto w banku.

Możliwe, że to co wywalę i tak nie zrobi mi miejsca, bo wstawiam nowe. Np w księgarniach Matras można dostać do końca listopada ulotki zniżkowe i dzięki nim mam już nowe 3 woluminy (Mały Książę, Mistrz i Małgorzata, Po zmierzchu). Oddałam do biblioteki jakieś stare księgi, których nikt nie otwierał od dziesięciolecia, ale w ich miejsce stawiam nowe nabytki, czyli jestem trochę niekonsekwentna...

Ale bądźmy dobrej myśli!

. o O o .

wtorek, 30 października 2012

Strrraszny post!


Bu!

Bardzo lubię Święto Zmarłych. Uwielbiam klimaty jesienno - zimowe, zimne powietrze, odpalone świece, pałętanie się po cmentarzu. Gdy mieszkałam w Sandomierzu przy ul. Mickiewicza to z okna moich rodziców miałam widok na stary cmentarz po drugiej stronie ulicy, natomiast z kuchni na ogromny cmentarz niedaleko szpitala. Widok milionów zapalonych zniczy to nocą obłędny widok!

Halloween też lubię, bo jest fajna okazja do zrobienia mi makijażu, który zobaczycie na załączonym filmiku. Autorką jest Aleksandra (Sekiq), modelką Sorbet. Powodem do jego zrobienia był konkurs jaki dwa lata temu zorganizowała MissChievous, tematem przewodnim były mity i legendy. Dziś z perspektywy czasu i po ogłoszeniu wyników konkursu stwierdzam, że makijaż wygląda nieco ubogo przy kolorowych i papuzich feniksach i smokach (te mitologiczne istoty przeważały w konkursie), ale podczas jego wykonywania miałyśmy dużo radochy ^^ 

Makijaż był wykonywany parę miesięcy przed powstaniem tego bloga i moim zainteresowaniem się tematyką kosmetyków nietestowanych na zwierzętach, dlatego w filmiku zobaczycie produkty, których dziś już nie kupuję. Rok temu, gdy chciałam przed Halloween zrobić tego posta, ale mi nie wyszło zrobiłyśmy z Olą to zdjęcie: ...


... które w tym roku również jest nieaktualne (avon został wyrzucony z listy za oszukiwanie klienta - na ostatniej stronie katalogu pisze, że nie testują na zwierzętach, a to nieprawda, również revlon jest na czerwonej liście). Makijaż jest arcyprosty - czarne i białe kosmetyki kolorowe + połowa twarzy w makijażu jaki robimy sobie na co dzień. 

Miłego oglądania życzę =3

piątek, 26 października 2012

Jedz ze śmieci

Jestem pewna i dam sobie głowę zdekapitować, że widzieliście przynajmniej raz w życiu osobę, która grzebie w śmieciach w poszukiwaniu cennych rzeczy. Jeśli o mnie chodzi to widuję takie osoby bardzo często, z wyglądu to nawet nie są bezdomni. Do czego zmierzam - jestem świeżo po obejrzeniu filmu dokumentalnego "Skosztuj z kosza" ( lub Smakuj z kosza) i pragnę się wrażeniami podzielić.



Fasolka z Kenii przebyła 10 tysięcy km żeby trafić do kosza. Takie życie.

Film mówi co się dzieje z żarciem, któremu zbliża się koniec ważności, o tym, że przestaliśmy szanować jedzenie. Przede wszystkim jest to kolejny dokument po którym chciałam natychmiast rzucić wszystko i biec na ulicę, żeby "Coś z tym zrobić!". No bo jak to możliwe, że na śmietniku ląduje rocznie 500-600 TON niekupionego w sklepie przez konsumenta jedzenia?_? Supermarkety dewaluują wartość jedzenia - jeśli coś jest brzydkie to nadaje się do kosza.

Wiem ile ciężkiej pracy potrzeba, żeby wyhodować warzywa, zaangażowanych w ten proces jest wielu ludzi, zajmuje to sporo etatowego czasu, cierpliwości i pieniędzy. Rośliny muszą być ochronione przed szkodnikami, pogoda czasem nie sprzyja. A gdy roślinka zostanie przez kogoś kupiona to leży w lodówce aż zgnije i się wyrzuca ją do odpadków... Ale film pokazuje ludzi którzy - podobnie jak w dokumencie "Jedz nim zgnije!" - nurkują w śmietnikach i łowią przydatne do spożycia mięsa, owoce, jajka, wodę, alkohol. Jest to ich walka z problemem głodującego świata, ich wkład.

Na rynku jest nadmiar dosłownie wszystkiego i zostaliśmy do tego przyzwyczajeni - nie kupuję codziennie bananów, ale one i tak leżą na półce - trzeba je przywieźć, ponieważ nigdy nie wiadomo czego klient będzie chciał. Nie ma dziś bananów? No to idę do konkurencji na drugą stronę ulicy! Europejczyk ustala normy, więc dostaje to co chce.

W Europie jedzenie MUSI być wywalone. Nie dostają go potrzebujący, nie daje się go świniom na paszę. Jest to tańszy sposób pozbycia się niechcianego produktu. Kolejny kryzys globalny będzie dotyczył żywności i będzie to kryzys bardzo dotkliwy.

A zresztą po co opowiadać? Sami zobaczcie!

Tego typu filmy mnie strasznie inspirują :3 bo zobaczyłam, że jakiś Amerykanin przeniósł się spod NY do NY i na dachu swojego apartment założył pasiekę. Inna laseczka prowadzi swój ogródek. No i gdy patrzę na zieleninę jaką na swoim balkonie hoduje m.in. FrienSheep to też chcę!! Myślę, że jakiegoś pomidora zasadzę, niech tylko się skończą te mrozy, które się jeszcze nie zaczęły.

czwartek, 25 października 2012

DZIEŃ KUNDELKA


Dziś nieformalne święto obchodzone tylko w Polsce przez psy wielorasowe, ogólnie miesiąc październik jest również miesiącem dobroci dla wszystkich Zwierząt. Tego dnia odwiedźcie schroniska - nawet jeśli nie planujecie adopcji zawsze można wspomóc wolontariuszy niepotrzebnymi w domu kocami, starymi miskami lub wszelkiego rodzaju ekwipunkiem, które pomoże zwierzakom przetrwać zimę. Dzień Kundelka jest dobrą okazją do zastanowienia się nad losem porzucanych zwierząt, traktowania ich przez psychicznych ludzi oraz nad tym co sami możemy dla niechcianych zwierząt zrobić =)

niedziela, 21 października 2012

Masterpiece

Aktualizacja 5 lipca 2017: Sleek nie jest cruelty-free, niestety. Post nieważny :(
----------------------------------------------------------



Sleek to firma bardzo popularna na youtube i blogach kosmetycznych. I nie dziwię się. Jeśli byłyście - podobnie jak ja - sceptycznie nastawione do tej firmy to możecie już nie być: te kosmetyki faktycznie są napigmentowane. Są tak napigmentowane, że sama nie mogę w to uwierzyć pomimo, że trzymam te kosmetyki w dłoniach i robię sobie nimi makijaż. Razem z siostrą jestem w posiadaniu trzech kosmetyków. Oto ich krótka recenzja:

Róż Flamingo dostałam rok temu i być może zobaczycie na zdjęciu jak niewiele go zużyłam. Jakby opisać ten kolor? Stwierdzam, że można sobie krzywdę nim zrobić. Kojarzy mi się z makijażami z filmu Moulin Rouge, Ditą von Teese albo karnawałem, kiedy to można z tapetą zaszaleć. Jest baaardzo intensywny, wystarczy mi na resztę 100 - letniego, wegetariańskiego życia. Ten kolor przyda się raczej ciemnowłosym, opalonym dziewczynom. Delikatne blondynki będą nim przytłoczone jeśli nieumiejętnie (czyt. za dużo) go nałożą. Świetny do zrobienia makijażu porcelanowej lalki (Halloween tuż tuż :>). Róż jest matowy, nie posiada drobinek. Używam go także jako cienia.

Paleta cieni Original jest cudowna! Odcienie są jesienne, poza czarnym wszystkie są błyszczące. Rozczarować może rozmiar oczek - są malutkie. Wcześniej myślałam, że są wielkości tych z Inglota, wyglądają jednak jak miniaturki. Ale pigmentacja jest mmmmm^^ Świetnie się rozcierają, długo trzymają. Naprawdę warte zachodu.

Czerwona szminka Vixen nie spodobała mi się - ma chemiczny zapach starego Poloneza, a tego nie cierpię w kosmetykach do ust, bleee. Akuratnie jestem w takim momencie życia, że lubię wszelkiego rodzaju pastele, rozmyte kolory, jasne przestrzenie i czystość poranka, a czerwone usta i paznokcie burzą mi ten krajobraz. Co nie zmienia faktu, że szminka jest trwała i także mocno napigmentowana. Używanie jej jest jednak męczące :(

Opakowania są bardzo zgrabne, małe, matowe i czarne z błyszczącymi napisami. Trwałe - na pewno nie popękają podczas podróży lub upadku. Zarówno róż jak i paleta posiadają duże lusterko zajmujące całą powierzchnię zamknięcia. Na początku miałam straszny problem z otwarciem swojego Flamingo <leeeszcz!>, jeśli mnie pamięć nie myli ze dwa razy złamałam paznokcia podczas używania go. No ale praktyka zawsze uczyni z nas mistrza. Paleta posiada gąbeczki na obu końcach długiego trzonka, ale nie używam tego elementu.

Miłego jesiennego makijażowania życzę :************** hugs & <3

sobota, 13 października 2012

Quality


Na wizażowym forum (TU aktualna, trzecia część tematu dot. firm bezpiecznych, nie testowanych na zwierzakach) często pada pytanie odnośnie perfum. Faktycznie idąc do Douglasa czy Sephory wybór mamy niewielki, gdyż większość zapachów znajduje się na liście firm testujących na zwierzętach. Nie wszystkie, ale jest to miażdżąca większość . . . Ale przydarzyła mi się w Warszawie fascynująca historia, która nas uratuje od problemu braku pachnących płynów. Czytajcie dalej:


Będąc z najmłodszą siostrą w stolicy kupiłyśmy 3-dniowe bilety pozwalające nam kursować po mieście każdym środkiem lokomocji. W niedzielny poranek miałyśmy w planach zwiedzanie Łazienek, jednakże przeszkodził nam w tym maraton - setki, jeśli nie tysiące ludzi biegło ulicą i torowało drogę ku naszemu celowi:
- Co robimy?
- Wysiadamy! Pojedziemy innym autobusem, potem wsiądziemy w ten sam, tylko w przeciwnym kierunku i wysiądziemy tu gdzie teraz stoimy. Pasi?

Pasowało. Tak się złożyło, że dojechałyśmy do CH Blue City na Al. Jerozolimskich. Weszłyśmy. Centrum jak centrum. Zauważyłyśmy jednak perfumerię Quality i nic już nas innego nie interesowało <3 Wbiegłyśmy tam niemal łamiąc karki, gdyż obie mamy duże nosy i lubimy wszystko wąchać. Od razu powiem, że jestem zapalonym perfumiarzem - świadczy o tym "Pachnidło" na półce i Angel w szafce ;) Żarciki na bok - jeśli chodzi o perfumiarstwo to jestem około 2-tygodniowym płodem. Ale kocham perfumy. Sprawia mi dużą przyjemność buszowanie po miejscu, gdzie mogę sobie za darmo aplikować aromaterapię. Mogę nie mieć szałowej kreacji, mogę obejść się bez makijażu, ale pachnieć choćby kremem do rąk lubię i wręcz muszę.

W perfumerii siostra zdecydowała się na Aziyade ze stajni Parfum d'Empire (zdjęcie u samej góry).


Dlaczego piszę o perfumerii Quality na moim zacnym blogu? Ponieważ nie kupicie tam zapachowych kitów sygnowanych nazwiskiem bibera czy zGagi. Będziecie w tym miejscu obcować z tzw zapachami niszowymi, które nie są promowane twarzami gigantów marketingowych tego świata, z zapachami tworzonymi dla koneserów, dla tych, którzy szukają czegoś więcej, którzy niuchając kolejną nowość w Douglasie stwierdzają, że "to już chyba było".


Zapachów jest miliony, nie wszystkie flakoniki zawierają odzwierzęce składniki typu piżmo, kastoreum czy ambra, czego dowodem jest flakonik na zdjęciu powyżej czyli Honore des pres Love coco, o którym czytamy, że nie zawierają substancji petrochemicznych, składników syntetycznych, barwników, ftalanów, i składników pochodzenia zwierzęcego. Ciekawe jak pachną?  

piątek, 5 października 2012

DZIEŃ ZWIERZĄT


poniedziałek, 1 października 2012

Vega Life w Amsterdamie


W sierpniu miałam okazję poszlajać się po holenderskiej stolicy, więc słuchajcie uważnie:


W budynku po prawej znajduje się Muzeum figur woskowych. Bilet odstrasza (30 erło), ale moja siostra była w tym muzeum tylko, że w Londynie i była pod wrażeniem. Może kiedyś, jak już nie będę miała nic lepszego do zwiedzania w pięknym mieście nad rzeką Amstel wstąpię tam?


KOCHAM kościoły gotyckie i zawsze do nich wchodzę. Do budynku powyżej weszłam i się lekko zdziwiłam - tuż przy drzwiach ustawiona była ogromna kasa, a za wejście trzeba było zapłacić 4 eu. W środku natomiast nie było ław dla wiernych tylko przeszklone gabloty. O rany - to muzeum! o_O' Holandia jest ateistycza i takie budowle wieją pustkami.



W Amsterdamie się nie zakochałam, ale lubię to. Jest to ciekawe miasto, ALE... Nie zachwyciłam się, lecz na pewno chciałabym wrócić. Miałam na zwiedzanie parę godzin. Pierwszym moim zakupem była mapa. To był zaiste cudowny pomysł, gdyż miasto jest entlikiem pętlikiem - bardzo dużo jednakowo wyglądających ulic, wszędzie kanały i kamienice. Nie wiedziałam gdzie mam iść. Po kupieniu mapy skierowałam się w pierwszą lepszą uliczkę, a tam... sex shop, coffee shop, sex shop, suveniry, sex shop, coffee shop itede.


- Ożeszku włoski. Cały Amsterdam tak wygląda??? - Zaniepokoiła się autorka.

Na szczęście skręciłam w jakąś boczną i wszystko wróciło do normy: New Yorker, Hema (baaardzo fajny sklep, znajduje się w niemal każdym mieście), Top Shop i takie tam znajome marki. Łaziłam sobie w te i we wte i dostawałam kręćka.



Co mnie urzeka w tym kraju to ciekawe dla oka zagospodarowanie roślinami nawet najmniejszego skrawka ziemi. Są to maleńkie dzieła sztuki. Gdyby Holandia miała zmieniać kolory flagi to na pewno zdecydowałaby się na zielony kolor ;)



Rowery, rowery, rowery! Jeśli mostów jest tu milion to rowerów jest bilion. Jest to najwygodniejszy, najtańszy, najzdrowszy, zajmujący najmniej miejsca, najszybszy rodzaj transportu. Na jednej uliczce, przyczepiony do barierki zobaczyłam zardzewiały i powyginany rower, którego nikt nie odczepia. Po prostu tam jest jako znak charakterystyczny. Właściciel albo o nim zapomniał albo zmarł.



Jako wybitna organizatorka imprez przygotowałam sobie listę adresów ze sklepami dla wegetarian. Okazało się, że jeden z nich jest niedaleko dworca, w rejonie, którego starałam się trzymać coby nie zbłądzić. O bogowie! Znalazłam Cię sklepie Vega Life! Ale... Chwieczkę... Co ja widzę? O nieee - jesteś zamknięty!!! Moja wycieczka miała miejsce w niedzielę i sklep o którym marzyłam był dla mnie nieosiągalny. Można w nim kupić przede wszystkim ciuchy, trochę kosmetyków (przez szybę rozpoznałam Barry M i Laverę), literaturę, coś dla swoich zwierzaków. Wszystko organiczne, eko, nie testowane na zwierzętach, fair trade.



W planach miałam zakup butów na zimę. No niestety ominęła mnie wyprzedaż, nad czym ubolewam . . .


Nie wiem co to znaczy slager. Mam w planach zapisać się na kurs holenderskiego. Język jest dziwaczny, ale ma swój urok, bardzo lubię słuchać rodowitych Holendrów. Spotkałam się ze skrajnymi opiniami - że jest bardzo trudny język oraz, że jest całkiem łatwy.


Adres tego sklepu to Singel 110. Znajduje się niedaleko dworca kolejowego (Centraal). Na piechotę się dojdzie w 20 min jeśli wiemy w którą stronę iść. Ja nieco błądziłam, ale to z racji mojej pierwszej wizyty w tym ogromnym mieście. W 5 godzin zobaczyłam naprawdę niewielki tylko skrawek. Myślę, że na zwiedzanie europejskich stolic należy zorganizować sobie tydzień. 



Holandia jest ciekawym krajem. Amsterdam jest nieco szalony. Główną atrakcją jest oczywiście Ulica Czerwonych Latarń, z paniami lekkich obyczajów w oknach. Robiłam naprawdę wiele, żeby tam nie trafić. Na końcu owej ulicy jest kościół, ale nie wiem jakiego wyznania. Czy wiecie, że w Amsterdamie jest odpowiednik Czerwonej tylko, że dla pań? Jest to Ulica Niebieska, a w oknach stoją panowie lekkich obyczajów. Jeśli lubicie seks to zainteresują Was takie miejsca jak Muzeum Seksu i Condomerie - pierwszy na świecie sklep z gumkami. Zapach marihuany unosi się w powietrzu - jeśli wejdziecie w jakąś wąską uliczkę z knajpami gdzie się jara i akurat otworzą się do niej drzwi to zobaczycie zawiane nastolatki i słodki zapach narkotyku. Można się odurzyć od chodzenia po takich ulicach, nie trzeba nic kupować. Biorąc pod uwagę panoszące się wszędzie burdele i natłok zioła, które niemal leży na ulicach Holendrzy nieco lekceważąco traktują swoją stolicę. Oficjalnie jest to Amstedam. Nieoficjalnie - Haga, gdzie znajduje się siedziba królowej oraz parlament.

Chciałabym wrócić do tego miasta. Interesuje mnie m.in. Muzeum Anny Frank do którego ustawiona była spora kolejka. Kocham malarzy niderlandzkich więc na pewno zaatakowałabym kilka galerii, w tym Rijksmuseum (Narodowe), gdzie jest mój ulubiony Vermeer. W liceum naoglądałam się obrazków w książkach. Zaufajcie mi - oglądanie obrazu na żywo, w galerii powala mnie na kolana. Muuuszę oczywiście zobaczyć rzeźbę przedstawiającą ogromny biało czerwony napis: I AMSTERDAM :)

----------------------------------
gers pardoel ik neem je mee
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...